Uzbekistan i Kirgistan na własną rękę (Uzbekistan, Kirgistan cz. 1)

Dzisiejszy wpis jest wspomnieniem, a zarazem propozycją czegoś, co może się udać w przyszłości gdy znowu będzie normalnie. Tymczasem, cały świat stał się taki sam. Wszyscy zatrzymaliśmy się w jednym momencie w czterech ścianach. Niewiele możemy zrobić. Z mediów płynie trwoga, dobrych informacji trzeba szukać samemu. Koronawirus cały czas pokazuje nam jacy malutcy jesteśmy i kto oraz co w życiu społecznym jest najważniejsze.

Żeby odgonić czarne myśli i stres możemy zadbać o siebie i swoje bezpośrednie otoczenie. Słuchać mądrzejszych, ale też trochę ograniczyć media i toksyczne kontakty. Wypucować co zaniedbane. Nauczyć się czegoś nowego. Przysiady porobić. Książkę przeczytać. Zawiasy naprawić. Lista może nie mieć końca.

Moja kwarantanna jak do tej pory była trochę chaotyczna. Trochę sprzątania, trochę nadgonienia zaległości, próba przeniesienia pracy do Internetu. Wcześniej codzienność przygniatała mnie i nie miałam czasu na blożka. Teraz, gdy odeszła praca w weekendy, wszelkie dojazdy i przemieszczanie się, przynajmniej znajdę godzinkę, by coś tam ocalić od zapomnienia. Na to nigdy nie miałam czasu.

W prawdzie była już relacja na bieżąco na księdzetwarzy, ale pomyślałam, że zlepię relację z Uzbekistanu i Kirgistanu w całość. Na chwilę stanę się ambasadorem tych dwóch krajów Azji Centralnej i postaram się przekonać Was, że są to genialne kierunki dla nas. Kraje, które są perfekcyjną mieszanką Orientu i znanej nam post-socrealistycznej rzeczywistości. Nie są jeszcze tak zadeptane i zatłoczone. Jeszcze są prawdziwe i nie takie same jak reszta świata.

Od lutego 2019 żyłam z migotaniem komór, nie planowałam żadnych innych wypraw. Wiedziałam, że w sierpniu polecę na Wyspę Wielkanocną i na nic innego nie będzie mnie stać. Matka, za to oszczędzali, oszczędzali i czytali. Zobaczyła rodzicielka ma, że jest taki kraj Uzbekistan, co wzdłuż Jedwabnego Szlaku ma zabytki powalające na kolana. Spojrzałam do neta. „Da, da, pravda.” Matka wszystko sponsoruje jeśli ogarnę jako tako logistycznie resztę.

Wcześniej pisałam jak zorganizować sobie samodzielną wyprawę, ale tu napiszę jeszcze raz krok po kroczku jak to można ogarnąć samemu. W przyszłych zapiskach będą wspomnienia dzień po dniu.

Najważniejsze rzeczy to oczywiście lot i wiza. Zawsze najpierw radzę sprawdzić aktualne informacje na stronie MSZ (Polak za granicą), a nie na jakimś blogu. W lipcu 2019 było prościutko. Wizę dostawało się na lotnisku lub przejściu granicznym do paszportu bez żadnych innych dokumentów. Jeśli chodzi o lot, to zwykle szukam połączeń na stronie „skyscanner,” ale innych stron i sposobów jest jeszcze multum. W 2019 najlepsze oferty miał Aeroflot z Warszawy przez Moskwę do Taszkientu lub Samarkandy.

Warto zastanowić się nad terminem. Sprawdzić całoroczną pogodę w Internecie czy temperatura nam odpowiada. W lipcu w Uzbekistanie jest 50 stopni w cieniu. Jest ocień żarno, sucho i bardzo jasno. Patelnia plus piekarnik bez funkcji pary. Inne miesiące są na pewno przyjemniejsze, ale ceny wówczas mogą być wyższe. My przeżyłyśmy jakoś lipiec, ale czasem miałyśmy inny tryb dnia. Z rozpaczy wstawałyśmy o 5 rano, szłyśmy na spacer po mieście, powrót do hostelu na śniadanie, sjesta, ponowne wyjście po południu. W Taszkiencie chłodziłyśmy się, jeżdżąc metrem bez celu, w innych miastach na targach lub herbaciarniach.

Z noclegami nie ma żadnego problemu. W każdym mieście jest sporo domów gościnnych, hosteli, hoteli, a poza miastami można spać w jurtach przygotowanych dla turystów.

Żeby przewidzieć swój budżet lepiej sprawdzić ceny na np. Booking. Jednak, taniej będzie bez pośredników. Można pojechać w ciemno, łazić po ulicy i szukać. Właściciele mniejszych hosteli zrobią wszystko, by nie płacić aplikacji prowizji. Nam się zdarzyło, że mimo pobytu w pensjonacie zarezerwowanym przez Internet, gospodarz zgłaszał, że nie przyjechałyśmy. Booking nie jest głupi i szybko wychwycił takie cwaniactwo. To już jednak nie mój problem. W Uzbekistanie działa również couchsurfing, choć tym razem nie skorzystałam. W 2019 powiedziano nam, że należy zbierać z hoteli wszystkie meldunki tzw. „propiski„.

Gavno pravda. Zadanie wykonałyśmy lecz nigdy ich od nas na przejściach granicznych nie chcieli. Może to nasza zblazowana mina zniechęciła oficjeli, może pośpiech urzędnika. Zbierać jednak nie zaszkodzi, nigdy nie wiadomo na kogo na granicy się trafi. Najwyżej będzie suwenir. Spałyśmy głównie w hostelach prowadzonych przez rodzinki. Czasem nie było profesjonalnie, ale było czysto, bezpiecznie i wesoło.

W Uzbekistanie, by wymienić pieniądze na sumy uzbeckie trzeba mieć walizkę i paszport. Po przebrnięciu przez biurokratyczne bzdety, spisaniu naszych danych i numeru kołnierzyka, dostaniemy stosy banknotów. Lepiej mieć kosmetyczkę, a portfel zostawić na ojro.

Ceny za wszystko są odrobinę niższe niż w Polsce, a warzywa na targu kupimy za grosze. I będzie to jedyne miejsce gdzie pojemy warzywa. Oba kraje są bardzo mięsożerne. W restauracjach wybór jest zawsze spory, ale rzadko kiedy obsługa rozumie co to jest „bez miesa” albo sałatka. W Kirgistanie jedna z sałatek miała tylko odzwierzęce składniki: koń, krowa, indyk, majonez, ser. Rozpacz.

Uzbekistan stoi pilawem i to jego niezliczone wersje dostaniemy wszędzie. Zdarzają się bezmięsne zupki i pyszne pierożki z dyniowym nadzieniem.

Raz trafiłam na cudo nad cudami. Bakłażan z czapeczką z pasty pomidorowej. Po jednej porcji w kolejne dni budziłam się z jedną myślą: Gdzie by tu znowu zjeść to cudo? Uzależnienie trwa.

Ogólnie knajp jest mnóstwo. Biszkek zaskoczył nas też światowym poziomem niektórych restauracji. Kuchnia całego świata, nowoczesne wnętrza, modni bjutiful pipol, mówiąca językami obsługa. Jedzenie bywa pyszne. Dla mięsożerców częściej niż czasem. Przygotować się na totolotek kulinarny przy dużym zamówieniu. Kelner nas zaskoczy. Najpierw przyniesie frytki, potem ciaj, potem sałatkę, drugie, ciasto, zupę. Lepiej dawkować zamówienie. Wziąć najpierw zupę i zobaczyć czy jest jeszcze miejsce w brzuchu na drugie. Jeszcze lepiej wziąć jedną sałatkę, jedno drugie i dwie zupy na dwie osoby. Ilość żarcia pokona każdego łakomczucha.

Prócz znalezienia dań bezmięsnych czasem jeszcze przygodą było znalezienie miejsca z kawą. Widząc z daleka napis Cafe ruszałam z kopyta, tylko po to, by poczuć swąd kiełby. W wielu cudnych cukierniach, owszem ciasta są, ale kawy brak. W polskiej głowie się nie mieści, że takiego kombo nie znają. Jednak jak znajdzie się cukiernia z kawą i ciastkami, to będą to ciastka bajeczne, wyszukane i pyszne. Tak naprawdę to te kraje stoją herbatą, a nie jakąś tam kawą.

Jeśli chodzi o transport miejski, to betka. W Taszkiencie jest metro, autobusy, ale oprócz tego każdy kierowca samochodu osobowego to potencjalny taksówkarz/bolt/uber. Ma apkę, wyceni podróż. Wystarczy stanąć na ulicy i machnąć. Następnie włożyć łeb do samochodu i spytać ile diengów taka trasa będzie kosztować. Za dużo? Dać odjechać, albo negocjować dalej. W samochodzie lepiej, a wręcz koniecznie, mieć włączoną apkę MapsMe, bo szoferzy nie znają swoich miast, a zwłaszcza jakiś tam małych hostelików. Trzeba myśleć logicznie, przeliczać. Przejazd przez miasto nie może kosztować drożej niż taka sama trasa w Polsce. Zawsze jest taniej. Żeby dojechać z lotniska w Taszkiencie do centrum można wziąć drogą taksówkę od firm wewnątrz lotniska lub po prostu wyjść na dwór i podejść do kierowców czekających na potencjalnych klientów za płotem. U nich zbijemy cenę do przyzwoitości.

Transport z miasta do miasta jest jeszcze łatwiejszy. I nie są o dzikie kraje. Są tanie loty wewnętrzne, a samoloty sprawne. W Uzbekistanie leciałyśmy z Taszkientu do Urgench, a w Kirgistanie z Biszkek do Osz. W Uzbekistanie jest szybki pociąg Afrosiob, jakiego nie ma w Polsce. Na ten lepiej kupić bilet wcześniej przez Internet lub na miejscu w kasie w budynku koło dworca. Kasy są poza dworcami, ponieważ do pociągu w Uzbekistanie nie wsiada się ot tak, a żeby wejść na sam dworzec trzeba mieć wydrukowany bilet i paszport. I tak: przechodzimy przez pierwszą kontrolę, prześwietlą nam bagaż, sprawdzą bilet i paszport, na dworcu idziemy do stępelkowego, pan podbije nam bilet, pana poznamy po mundurze i biurku, będzie poważny i posępny, potem jeszcze dwie kontrole, przy wejściu na peron i do wagonu. Lepiej być z kilkadziesiąt minut wcześniej.

Oprócz pociągów są autobusy i zbiorowe taksówki. Takie wehikuły do modlitwy. Jeżdżące jednocześnie odrobinę obydwoma pasami przy 130/h, szybciutko pomagają odświeżyć modlitewnik wbity w łeb przed egzaminem z bierzmowania.

No i wreszcie, przede wszystkim, są wspaniałe zabytki. Jeśli nigdy nie widzieliście meczetu, medresy, mauzoleum, minaretu to Uzbekistan będzie idealnym miejscem na zapoznanie się z islamską architekturą. Jednak po kilku dniach gwarantuję, że poczujecie przesyt i każde słowo na M wywoła u Was drgawki.

Wtedy kirgiskie pastwiska będą zbawieniem. Dwa sąsiednie kraje całkowicie się różnią. Uzbekistan to zabytki i kultura. Kirgistan ze swoimi pastwiskami, górami, jeziorami, kanionami jest po prostu bajkowy.

Nie jest oczywiście pozbawiony zabytków. Nas zachwyciły petroglify w Czałponacie. Miejsce tajemnicze i magiczne.

W obydwu krajach są wspaniałe targi, gdzie kupimy mydło i powidło, a w Uzbekistanie cudowne rękodzieło. Od kiedy postawiłam na minimalizm w życiu codziennym, cieszyłam tylko oko.

Ludzie są fajni, choć czasem nieokrzesani. Tu nie dziwi, że pierwsze słowa jakie usłyszymy od gospodarza hostelu to: „ściągać buty, dawać paszport, chcieć ciaj?” Odrobina poczucia humoru jest wskazana. Nie wszędzie jest obsługa tip top. W Polsce z resztą toże. Kelner może przynieść chleb w dłoni, a gdy urzędnicy bankowi robią sobie siestę, śpiąc przy klientach, nie budzimy. Czekamy.

Ile może zająć podróż? Jeśli chodzi o Uzbekistan na objazd hitów czyli: Khiva, Samarkanda, Buchara i liźnięcie Taszkientu wystarczy 10 dni. Będzie to bystry przejazd. My miałyśmy więcej czasu. Zrobiłam plan na dwadzieścia kilka dni: Taszkient-lot do Urgench (koło Khivy)-Khiva-zamki wokół Khivy w tak zwanym Karakałpakstanie- Buchara-Samarkanda-Schachrisbaz-się zobaczy.

Chciałyśmy poruszać się powolutku. I tak było. Jednak, po dwóch tygodniach zobaczyłyśmy wszystko i starczyło jeszcze na liźnięcie Kirgistanu (Osz-najpiękniejsza droga przez góry do stolicy-Biszkek-Bałykczy-Czałponata-Kanion Skazka). Było warto. Kirgistan okazał się cudownym oddechem od uzbeckiego skawru i równie prosty do podróżowania. Tylko pamiętajmy: Kirgiz i Uzbek to nie dwa bratanki. Nie wychwalamy kraju sąsiada. Dodatkowo w Kirgistanie kiwamy głową, że Putin to misiaczek i superman.

Jeśli chodzi o język, to jeżeli odrobinę mówicie po rosyjsku lub umiejętnie zruszczacie polskie słowa, to dacie radę. Sporo ludzi mówi po angielsku i niemiecku. To nie dzikie kraje. Wifi jest wszędzie i można swoją cyfrozę pielęgnować.

Zapiski jak to było dzień po dniu wkrótce. Po nich mam nadzieję, że zapragniecie jednego: jechać! Orient czeka! Mam oczywiście nadzieję, że normalność, stabilność, spokój i wolność powrócą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *