Od oceanu po góry (Maroko cz. 7 ost.)

Do wakacji zostało jeszcze kilkanaście dni. Zanim wyjadę i będę na bieżąco wrzucać zapiski z podroży, mam zamiar zdążyć nadać relację z krótkiej podróży po Peru i Boliwii sprzed kilku dobrych lat. Tymczasem dziś wrzucam ostatnie zapiski z wyjazdu do Maroka w 2019 roku z moim lektoratem.

Marakesz jest zdecydowanie na tyle interesującym miastem, że może pochłonąć na kilka dni. Jednak, żeby zobaczyć jak różnorodne jest Maroko, warto wyrwać się z miasta i odwiedzić kilka pobliskich miejsc. Jednym z nich jest As-Suwajra/Essaouira – urocza, mała, rybacka miejscowość nad Oceanem Atlantyckim. Dojedziemy tam w dwie/trzy godziny.

W drodze nad ocean zobaczymy sporo drzew arganu, a na nich kozy. Ten dość kosmiczny widok ma dwie przyczyny. Naturalny i tragiczny, bo turystyczny. Kozy lubią żywić się liśćmi i owocami arganii żelaznej. Dlatego też do wspinania się na drzewa nie trzeba ich specjalnie zachęcać. Tak przeżute i nadtrawione nasiona są łatwiejsze w obróbce i produkcji oleju arganowego. Jednak tylko w sezonie! Owoce przeważnie pojawiają się w lipcu. Poza sezonem kozy są stawiane na gałęziach przez właścicieli drzew, by wabić turystów. Kozy mają nawet specjalne platformy i czasem są na postronkach. Okrutna praktyka i źródło dochodu biedniejszych mieszkańców okolic. W drodze nad ocean zobaczymy też sporo manufaktur olejku i produktów z arganu. Ciekawe jest obejrzenie procesu produkcji. Można kupić jakiś produkt jeśli będziemy pewni, że dochód pójdzie na rzecz pracujących tam kobiet. Jednak, ceny tych samych kosmetyków, na suku w Marakeszu, będą kilkakrotnie niższe.

Essaouira jest uroczą miejscowością, lecz tu odpuściliśmy zwiedzanie. Mieliśmy jeden cel: naukę surfingu! Dwie godziny turlania się na falach i mała satysfakcja z choć krótkiej chwili stanięcia na desce. Szkól nie brakuje. Każda ma stronę internetową i z łatwością można się umówić na naukę.

Po surfingu znaleźliśmy jeszcze czas na owoce morza. Przy starym mieście jest pełno knajpek, gdzie można wybrać świeżo przywieziony połów i zjeść naprawdę przepyszne krewetki, homary, ryby, ośmiornice. Palce lizać!

Naszym kolejnym wypadem była wycieczka do Imlil. Tym razem, trochę ze względu na ostatnią tragedię, jaka tam miała miejsce, zdecydowałam się wynająć przewodników i wziąć cały pakiet atrakcji: zobaczenie przez szybę domu Richarda Bransona oraz miejsc gdzie kręcono Mission Impossible oraz Grę o Tron, wizytę w manufakturze arganu, jazdę na wielbłądach, trekking w górach i obiad w berberyjskim domu. Pełen wypas.

Zanim poszliśmy na szlak zostaliśmy ugoszczeni na dachu jednego z domów. Dostaliśmy pyszne jedzonko. Widoki na Atlas bezcenne.

Po jedzeniu poszliśmy na krótki trekking do pobliskich wodospadów. Domy w dolinie wydawały się tonąć w ciemności. Tylko minaret łapał promienie słońca. Muezzin akurat wzywał do modlitwy, a my maszerowaliśmy w kierunku kaskad. Z trasy widać liczne wioseczki położone na zboczach gór i w dolinach. Nad nimi góruje zaśnieżony szczyt Tubkalu. O tej porze roku zdobywanie go wymaga dodatkowego sprzętu i dwóch dni czasu. Wyjątkowo odpuściliśmy.

Tym jednodniowym wypadem w góry zakończyliśmy naszą wyprawę do Maroka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.