Camagüey: w labiryncie ulic (Kuba cz.6)

Camagüey było kolejnym miastem na trasie polecanej przez Lonely Planet. To miasto bardziej przypomina labirynt arabskich uliczek niż kubańskie miasteczko. Jedynie wszechobecne wizerunki Che mówią nam, że to Kuba. Camagüey słynie też z rabusiów biorących pewnie przykład ze swoich pradziadków-piratów. Rzezimieszki lubią wyrywać torebki i portfele, by potem, na motorze, zniknąć w labiryncie ulic. Trzymamy więc gardę wysoko. Warto jednak nie dać się zastraszyć. Zostawiamy wartościowe przedmioty w hostelu i idziemy się zgubić. Do właściwych drzwi trafiałam odliczając bramy od ciekawych dzwonków sąsiada.

Dla mnie Camagüey było dość nudne. Klimatyczne dzięki labiryntom, ale pewnie zapomnę o tym miejscu. Na pewno fajnie choć raz tu wpaść. Jadąc kolejny raz na Kubę pewnie je ominę.

W Camagüey fajne są place gdzie najczęściej spotkamy dilerów kart internetowych jeśli nie dostaliśmy ich w biurze Etecsa. Zawsze też znajdziemy tam jakąś knajpkę z polską wódką, albo straganik z owocami.

Warto też wpaść do Casa de la Diversidad. Jest to neoklasycystyczny budynek z mauretańskimi zdobieniami. Oprócz wystawy dotyczącej życia miasta i niewolnictwa trzeba wpaść do toalety, gdzie zobaczymy piękne freski. Toaleta jest jedynym miejscem, gdzie bezkarnie można wyciągnąć aparat. W wielu muzeach za zdjęcia trzeba płacić.

Jestem psiarą i zaczepiam wszystkie psy. Kubański albinos to rarytas. Nie przepuściłam mu. Z zerową wzajemnością.

Jak w każdym kubańskim mieście, sklepy są wehikułem czasu. Dla Polaka to teleportacja w przeszłość. Stojąc przed witryną, można wychwalać dostatek i przesyt towarów w Polsce. Mamy za dużo…

Dworzec w Camagüey jest jakieś trzydzieści minut piechotą z centrum. Bilety na dalszą podróż warto kupić od razu. Ktoś w mieście poradził mi, bym poszła do lokalnego biura podróży i tam próbowała kupić bilet. W pierwszym pani oznajmiła mi, że nie robi takich rzeczy. Znalezienie kolejnego zajęło mi sporo czasu. Był ukryty na ulicy filmowej. Jest to jedna z ciekawszych uliczek w mieście. Mieści się na niej z kilkanaście kin z szerokim repertuarem. Głównie stare filmy, klasyki kina i południowoamerykańskie szmiry. W końcu ktoś wskazał mi sklep z butami, gdzie obok trampków stało biurko. Przy biurku pani i para Kubańczyków kupujących wakacje w kurorcie. Stojąc w kolejce podsłuchiwałam w celach językowych.

-„Czy to jest pokój z łazienką”

-Momencik, sprawdzę.

Tu następuje długie wertowanie kartek w zeszycie szkolnym.

-„Nie”

-„A czy jest basen?”

-„Moment. Sprawdzę.”

Rzuciłam się obejrzeć trampki z bliska. I przeczytałam, że nie podlegają żadnej gwarancji.

Kiedy skończył się przegląd zeszytu i para poszła z wakacjami w reklamówce, wydukałam swoje pytanie o kupno biletu do kolejnego miasta. Agentka podróży wskazała mi wyłączony komputer i powiedziała: ” No funciona!”

To poszłam z buta na dworzec kupić, bądź zarezerwować bilet na kolejny dzień.

Udało się wpisać mnie na listę i Camagüey ruszyłam do Santa Clara. Odwiedzić Che.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *