Grill na lawie na wulkanie Pacaya (Gwatemala cz. 4)

Szukając gospodarza z couchsurfing w Antigua natknęłam się na profil pana, który gościł już setki osób. Miał same dobre referencje. Czytam sobie ostatnią opinię od dziewczyny, która spędziła z nim i jego rodziną kilka dni. Ogólnie same ochy i achy. Było dobrze. Niestety, nie wszystko się udało. W dzień wyjazdu, gdy w biały dzień chciała złapać autobus do stolicy, podeszła do niej grupka rabusiów. Wyciągnęli broń i kazali jej ściągnąć z siebie wszystkie torby i plecak. Zabrali w ten sposób wszystko co miała. Wówczas musiała wrócić do swojego gospodarza i on pomógł jej dojechać do stolicy, uzyskać paszport, kupić ciuchy, kosmetyki i wrócić do domu. Po tej opowieści i relacjach przyjaciół Josue (mojego poprzedniego gospodarza), mój poziom lęku wzrósł. Zrobiłam błąd, że podzieliłam się nim z nieodpowiednimi znajomymi w Polsce. Zamiast słów wsparcia i uspokojenia koleżanka poradziła mi przestać się popisywać i udowadniać wszystkim jaka to jestem odważna i najlepiej zakończyć podróż. Na szczęście męski pierwiastek z USA dodał mi otuchy. Jego rady, choć oczywiste, powtarzam sobie i innym jak mantrę. „Podróżuj w dzień, jak możesz schowaj najważniejsze rzeczy w ukrytych kieszeniach lub saszetkach, nie handluj bronią ani narkotykami, uważaj, ale otwórz się na ludzi, bo ogólnie są w porządku, patrz dookoła i ciesz się podróżą, nie poddawaj się, proś o pomoc”. I tego się trzeba trzymać, a nie słuchać zazdrośników, czy histeryków. Samodzielne podróże to nie bohaterstwo. Wymagają wiary w siebie, odwagi i przebojowości, ale nie bohaterstwa. Samotna podróż ma dużo zalet i daje więcej niż jest w stanie zabrać. Jest nawet warta utraty paszportu i aparatu. Rabusie są w każdym kraju świata, a ludziom przydarzają się dobre i złe rzeczy. Takie jest życie. Trzeba uważać, ale nie popadać w paranoję, że dookoła jest zło. Uśmiechać się, mówić wszystkim „Dzień Dobry” i wierzyć, że świat jest OK.

Całą podróż po USA, Gwatemali, Belize i Meksyku chciałam odbyć transportem publicznym bądź stopem. Nie brakuje w tych krajach ofert typu shuttle. Komfortowe busiki dla turystów, niezatrzymujące się co kilka metrów, by wziąć stojącego przy drodze przechodnia i przewieźć go kilka metrów. Wygoda, ale wygórowana cena. Transport publiczny to czasem męka, ale prawda i kontakt z mieszkańcami. Dla mnie jazda z koszykiem kurczaczków na kolanach, z kolorowo ubranymi kobietami, napastliwymi macho jest znacznie ciekawsza. Shuttle są bezpieczniejsze, ale nuda panie, nuda.

Droga z Panajachel do Antigua to była ogólnie beczka śmiechu. Wiedziałam, że będę się kilka razy przesiadać. Miałam jednak nadzieję, że będę się przemieszczać w kierunku Antigua, a nie jechać kawałek, by potem powrócić do punktu wyjścia. A tak tu było. Pan na dworcu rozpisał mi miejscowości, gdzie będę łapała kolejne autobusy. Dziś wszystko na pewno się zmieniło i przypuszczam, że jedynym przystankiem jest Chimaltenango. Stamtąd miałam łapać autobus do Antigua. Złapałam z powrotem do Panajachel…

Najpierw chodziłam po ulicy udającej dworzec i pytałam kierowców i pomagierów, który autobus zmierza w kierunku Antigua. Każdy machał w inną stronę i kilka minut chodziłam w kółko. Jakiś łepek pokazał mi pustą uliczkę i powiedział, że muszę iść tam. Tam za rogiem jest mój autobus, zapewniał. Poszłam kilka metrów i zorientowałam się, że to ściema. Nic tam nie ma. Z bramy wyskoczył nagle straszy pan i zaczął do mnie krzyczeć, bym uciekała, bo tu jest bardzo niebezpiecznie. Wróciłam na ulicę i jacyś ludzie wsadzili mnie do wehikułu. Wewnątrz popytałam jeszcze pasażerów czy oby na pewno jedziemy do Antigua. „Si si si Antigua!” Po kilkunastu minutach słyszę, że gadają o Pana. Zorientowałam się, że wracam. Kazałam się wyrzucić przy drodze. I znowu zaczęłam kręcić kółka na dworcowej ulicy. Ludzie jakby zdziwieni, że jeszcze przed chwilą wsadzali mnie do autobusu, a ja znowu tu. Tym razem wsadzili mnie do innego pojazdu. Trochę śmieszno, trochę straszno. Wyszarpałam przewodnik z torby i pokazuję im napis Antigua i zdjęcie miasta. Kiwają głowami. Do Antigua dojechałam w 5 godzin zamiast 2.

Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam koło dworca było kupno saszetki pod ciuchy. Zawinęłam paszport, kartę debetową i karty do aparatu w folię, schowałam do saszetki, a całość pod ciuchy. Obeszłam okolicę i po godzinie spotkałam swojego gospodarza. Pan inżynier. Wygadany, mądry, obyty i z ogromną wiedzą na temat krajów świata i polityki. Był już po pracy. Zostawiłam plecak w jego samochodzie i razem poszliśmy na spacer po mieście. Poradził mi, bym od razu zarezerwowała wejście na wulkan Pacaya. Wulkan w każdej chwili może być zamknięty, bo zaczyna się budzić. Porównaliśmy ceny i zabukowałam wycieczkę nazajutrz o 6 rano.

Antigua to piękne miasto, które narażone jest cały czas na trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów. Sporo zabytków nie przetrwało. Zostały z nich tylko ściany. Symbolem miasta jest łuk z XVII wieku – Arco de Santa Catalina. Przy dobrej widoczności zobaczymy za nim wulkan. Przy złej-chmurę.

W Antigua nie brakuje kościołów. Mamy tu barokowy kościół Iglesia de La Merced, kościół Świętego Franciszka czy katedrę San Jose. Fasady są bogato zdobione i zapowiadają ciekawe barokowe wnętrza. Czasem dopiero gdy zmienimy kąt patrzenia dowiadujemy się, że to tylko ściana. Budynek nie przetrwał kataklizmu.

Mimo zniszczeń miasto jest ciekawe i zachęca do przechadzek. Konsekwentnie niska zabudowa, mnogość kolorów, bruk. To tworzy klimat miasta. Architektura Antigui zapewne była kiedyś niezwykła. Świadczą o tym pozostałości po kolonialnych domach i kościołach. Czuć, że miasto zmieniało się przez wieki. Niskie chałupy sąsiadują z barokowymi fasadami. Jeden kolor wynurza się spod następnego.

Po spacerze pojechaliśmy do domu. Okazało się, że mój gospodarz mieszka dość daleko od miasta. Kilkanaście minut drogi samochodem, potem jeszcze spacer przez wieś, pola uprawne i wzgórze. Załamałam się. Nazajutrz, o 6 rano, muszę być w mieście. Bedę musiała wstać o 4 rano i przejść całą trasę sama, a potem jeszcze dojechać do miasta. Próbuję podpytać mojego gospodarza czy nie zawiózłby mnie o świcie do miasta. Zapłacę, zaproszę na obiad, zatańczę. Niestety! Jest zmęczony i nie może, ale zgodził się zabrać mój plecak. Chociaż tyle.

Okazuje się, że warunki są skromne. Mały domek kryty blachą falistą. Na podłodze goły chropowaty beton. Jest sypialnia z jednym łóżkiem i mały pokój obok z fotelem. Kuchnia i łazienka są na dworze. To jest dobry standard życia w Gwatemali. W takich chwilach wiem, że moje mieszkanie w bloku to luksus.

Pan inżynier ma największą kolekcję muzyki światowej w komputerze jaką widziałam. Jest nawet polski jazz. Daję mu płytę z polskimi albumami. Do nocy rozmawiamy o życiu i muzyce. Padam na twarz i myślę o tym, by się położyć i zasnąć. Mój gospodarz idzie spać do swojej sypialni. Nic nie jest jasno postawione, rozumiem, że mam spać na fotelu. Zwijam się w kłębek. Staram się zasnąć. Po kilkunastu minutach słyszę: „Hej Karolina, chodź tutaj, tu jest dużo miejsca!” No może gracias nie. Pluję sobie w brodę, że nie sprawdziłam opisu jego domu. Tam jest zawsze napisane czy będziemy dzielić pomieszczenie i powierzchnię. Później sprawdziłam, że wyraźnie miał napisane dwa razy tak. Z pewnością nie miał złych zamiarów i nie dotknąłby mnie paluszkiem, ale bez przesady. Gdybyśmy znali się dłużej, albo gdyby to miała być przygoda „Miłość szmaragd i krokodyl” to spoko. Tu podziękowałam panu. Resztę nocy spałam z jednym otwartym okiem. I tak ciężko było zasnąć. Deszcz bębnił w dach całą noc.

Budzik zadzwonił o 4 rano. Półżywa ubrałam się i zostawiłam plecak przed domem. Obrałam azymut i w półmroku i ruszyłam w dół wzgórza. Trochę się okrzyczałam w międzyczasie. Sama sobie zagwarantowałam taką atrakcję. Mogłam zostać na noc, w hostelu, w mieście, albo uważniej przeczytać dane gospodarza. Przeszłam przez wzgórze i weszłam na pola. Dołączyły do mnie bezpańskie psy.

Po chwili, w oddali widzę człowieka z motyką. Pan jeszcze mnie nie widzi. Obraca się w ostatnim momencie gdy podchodzę. Upuszcza motykę i szczękę. „Dzień dobry señor szukam wsi i autobusu do Antigua”. Myślę, że to był pierwszy raz tego pana. Biała baba o świcie na polu, sepleni po hiszpańsku. Luz. Pan podniósł rękę i machnął. Poszłam za gestem. Pan chyba tak już został. We wsi było już kilka osób. Poszłam za tłumem.

Przy drodze stała grupka ludzi. Pytam czy stąd dojadę do Antigua. Tak. Po chwili zatrzymuje się busik. Jest całkowicie wypełniony ludźmi. Jedna osoba wysiadła i dwie wcisnęły się. Sytuacja powtarza się jeszcze kilka razy. Zerkam na zegarek. Moje szanse na wulkan maleją. Obudziłam w sobie najgorsze instynkty. Gdy podjechał kolejny busik po prostu wbiłam się w tłum. Pod czyjąś pachę, w półprzysiadzie na jednej nodze spędziłam całą drogę. Jedną ręką trzymałam sufit. Okiem liczę miejsca i ludzi. 18 miejsc. 34 osoby. Połowa śpi! Rekord puebla. Brawo my!

W mieście od razu pobiegłam na miejsce zbiórki. Autobus turystyczny czekał! Ekipa z całego świata: Izrael, Szwajcaria, Kanada, Holandia. Czekamy jeszcze kilka minut na zaspaną Koreankę. W końcu jedziemy! Jestem szczęśliwa.

Na miejscu czeka na nas przewodnik, grupka dzieci sprzedających pianki do jedzenia oraz kilku mężczyzn z końmi. Pianki można upiec w lawie, a na koniu wjechać na szczyt. Pod stopami ostra zaschnięta lawa, w powietrzu unosi się dym, w płucach czuć siarkę. Zaczynamy wchodzić. Na początku idziemy wśród bujnej zieleni.

Ledwo oddycham. Po nieprzespanej nocy mam ochotę zasnąć w krzakach.

Podejście nie jest wymagające. Pacaya ma zaledwie 2552 metry, ale nie wejdziemy do końca, ponieważ właśnie budzi się do życia. Ciężkie powietrze utrudnia wędrówkę. Ledwo się oddycha i trzeba iść wolno, nawet jak mózg mówi nam, że normalnie szybciej chodzimy.

Po kilku godzinach jesteśmy na zboczu wulkanu, tuż przy jego paszczy. Co chwilę słyszymy jęk. Koło nas ślizgają się czerwone języki lawy. Próbując zdobyć nagrodę Darwina podchodzimy do jęzorów i wkładamy w nie patyki. W pewnym momencie po stoku toczy się olbrzymia czarna kula, z której nagle wykluwa się czerwony jęzorek. Kula syczy i zawodzi. Wulkan rodzi.

Widok z wulkanu rozpościera się na okolicę i pobliskie wulkany. Przy takiej ilości wyziewów, pary i siarki widoczność jest słaba. Czasem spod oparów widać odrobinę krajobrazu.

Po trekkingu wróciłam do miasta i poszłam kupić bilet na autobus do Flores. Niestety był tylko nocny autobus. Przyjdzie mi złamać zasadę niepodróżowania nocą. Pani w biurze zapewnia mnie, że będzie bezpiecznie.

Jak było opowiem wkrótce.

Tymczasem po kilku kolejnych dniach, gdy w końcu miałam dostęp do Internetu, otworzyłam skrzynkę mailową. Dowiedziałam się, że mam sporo znajomych i wszyscy pytają czy żyję. Otóż Pacaya w końcu wybuchła kilka dni po naszym wejściu.

Dzisiaj sobie myślę, że przewodnicy i my sami powinniśmy dostać order za głupotę. Jednak i tak, mimo ryzyka warto było zgłupieć. Było pięknie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.