Przez Belize na Jukatan (Meksyk cz. 7)

Droga do Belize nauczyła mnie dużo asertywności i cierpliwości. Na granicy godzinny spacer od okienka do okienka. Za szybką nikomu nigdzie się nie spieszy. Dołączyły do mnie Amerykanki, które nasłuchały się historii o oszustwach jakich dopuszczają się urzędnicy graniczni. Każdy kręci swoje lody i wymyśla opłaty za stemple, za otwarcie paszportu, za zamknięcie, za dotknięcie. Samodzielny turysta z obawy, że nie zostanie wy/wpuszczony, poniesie każdą opłatę, zwłaszcza gdy uwierzy, że to standard. W prawdzie bywają oficjalne opłaty za opuszczenie kraju. Nie tu. Tu każdy urzędnik ma swoje. Trzeba się mocno pilnować żeby nie zapłacić wymyślonych stawek. Facet, który podbija mi paszport mówi, że to kosztuje 5 dolarów. Byłam przygotowana na ściemę i jeszcze z boku Amerykanki mi szepczą, bym nic mu nie dawała. Udaję więc głupią i mówię „Gracias”. Pan dalej patrzy w biurko, nawet nie drgnął. Idę dalej. Patrzę, że niektórzy płacą. Takie chwile szybko jednoczą. Razem jesteśmy odważniejsze. Dziewczyny mają po Gwatemali całkowicie inne wrażenia. Były cały czas nagabywane, zmuszane do kupna wycieczek, przejazdów. Miały dość. Teraz są już maksymalnie nabuzowane i wkurzone na ludzi. Dla mnie Gwatemala była cudowna, a tutejsze zwyczaje urzędników traktuję jak folklor.

Razem przechodzimy przez granicę i bierzemy taksówkę do pobliskiej miejscowości, gdzie przesiadamy się do autobusów. Dziewczyny jadą nad morze, a ja do byłej stolicy kraju – Belize City. W autobusie ćwiczę swoją cierpliwość. Jeśli w Gwatemali wydawało mi się, że wyjazd z miasta trwa godzinę, bo zbieramy wszystkich z ulicy, to tu trwa sto lat. Kraj jest angielskojęzyczny, ale język ma swój zaśpiew i słownictwo typowe dla regionu. Rozumiem 90%. Słyszę, że język mieszkańców jest pozbawiony agresji. Każdy zagaduje, pyta o zdrowie. Droga jest prosta, świeci piękne słońce, dookoła pola uprawne. Czasem jakieś pstrokate rezydencje, czasem budynki z pustaków kryte blachą. W oddali widzę drewniany domek z gankiem. Powoli zbliżamy się do niego. Na fotelu bujanym siedzi starsza pani. Pije lemoniadę, kołysze się i relaksuje. Nastrój jak z filmu. Kiedy już autobus ją prawie mija, babcia leniwie podnosi rękę. Hamujemy, zatrzymujemy się. Pani dopija lemoniadę, powoli odstawia szklaneczkę, ociera usta, podejmuje próby powstania z fotela. Udaje się. Zaczyna człapać. Widać, że jest starszą osobą, ale ma miękkie, pełne gracji ruchy. Po kilku minutach wsiada do autobusu. „All right?”-pyta wszystkich. Na stopniu nawiązuje rozmowę z kierowcą i kilkoma pasażerami. „A co tam, a jak tam, a ładny dzień.” I nikt prócz mnie nie ma drgawek, czemu nie ruszamy, czemu nie jedziemy szybciej. Choć sama nigdzie się śpieszę, to nie wiem dlaczego chcę, by wreszcie wsiadła i żebyśmy już jechali. I tak pojedziemy kilkanaście metrów. Zaraz wsiądzie nowy pasażer, albo sprzedawca długopisów. I będą się witać i żegnać i pytać czy wszystko jest w porządku.

Przejście graniczne gwatemalsko-belizyjskie

W Belize City miałam rezerwację. Wiedziałam, że przyjadę nawet nocą i chciałam się czuć bezpiecznie. Autobus zatrzymał się daleko od hotelu, więc wzięłam taksówkę. Taksówkarz chyba był zwolennikiem spacerów, bo nie podwiózł mnie pod hotel. Zatrzymał się jakieś sto metrów dalej. Może to nie jego dzielnica? Zarzuciłam garb i idę do portu połączonego z osiedlem. Domy na palach po jednej stronie, a po drugiej mniejsze ceglane konstrukcje. Dookoła nie ma nikogo.

Kilkanaście metrów ode mnie na ganku siedzi grupka mężczyzn bez koszulek. Przed nimi samiec alfa z dredami żywiołowo coś opowiada. Ludność Belize to Kreole. W ich żyłach płynie krew piratów, niewolników i Indian. Są pełni kontrastów. Leniwie spokojni i temperamentni zarazem. Niestety zauważają mnie. „Hej dzidzia!”-krzyczy dowódca gangu zezowatego Jima. „Hej dziadku”-krzyczę ja i od razu żałuję, że mózg mnie opuścił i tak odpowiedziałam. Koledzy się śmieją, a ja uciekam do hotelu. Chyba minę miałam nietęgą. Mówię recepcjoniście, że mam rezerwację, że chcę już iść do pokoju. „Ale kochanie, wyluzuj, gdzie Ci się spieszy, nie ma pośpiechu, to Belize, zrelaksuj się.” Po półtorej godzinie byłam zarejestrowana. Przez ten czas obserwowałam kocie ruchy pana z recepcji, wysłuchałam historii życia o nim i jego dziewczynie i ich kłótniach i walkach na noże. W końcu na granicy śmierci głodowej poszłam do restauracji. Po drodze widzę kafejkę internetową. Wchodzę nadać maila do domu. Wewnątrz jakiś chłopak mówi mi, że nieczynne. Otwarte, ale nieczynne, bo teraz on idzie się zrelaksować. I to mi imponuje! Kasa i obsługa turystki są mniej ważne niż spokój wewnętrzny. Z zewnątrz mój hotel wyglądał zdecydowanie lepiej niż wewnątrz. Jedyne jest pewne. W razie pożaru, do wody mam blisko.

W knajpie na wodzie gra muzyka. Podłogi i ściany zbite z desek. Kilka rozchybotanych stolików i krzesełek z różnych parafii. Przy jednym siedzi 100% kopia dziadka z Buena Vista Social Club. Normalnie Ibrahim Ferrer. Kaszkiecik, kolorowa koszula i złote ząbki. Obok dziadka siedzi młoda kobieta i normalnie spuszcza mu werbalne lanie. Drze się jak opętana. Dziadek- oaza spokoju łapie kontakt wzrokowy ze mną. Boję się pani, ale też zezuję na niego. Dziadek strzela brwiami i popija piwko. Pokazuje mi toast. Szybko zerkam w fakturę stołu. Boję się pani. Znowu patrzę się na dziadka. Śmiejemy się, a panna nawet oddechu nie wzięła. Dalej wrzeszczy. Szybko coś jem i spadam. Puszczam dziadkowi spojrzenie pełne zrozumienia.

Rano wychodzę z hotelu i od razu widzę mojego rasta bez koszulki z kolegami. „Hej dziewczyno, stój!”. No to po mnie. Stoję. Rasta idzie w moim kierunku. „Czy Ty wiesz dlaczego Cię lubię? Czy Ty wiesz dlaczego Cie lubię!?”-pyta mnie dowódca. Już prawie dostałam biegunki. „No, mów!”-mówię. „Podobasz mi się, bo masz dobre podejście i styl!”. Podziękowałam, przybiłam z panem piątkę i poszłam na obchód miasta. Belize City jest zniszczone przez huragan. Częste żywioły, które demolują miasto przyczyniły się do decyzji, by przenieść stolicę do Belmopan. W głębi kraju jest bezpieczniej i nie trzeba co chwila remontować budynków. Tu za bardzo nie ma co oglądać. Jest kolorowo i wesoło, no i ludzie są bezbłędni, ale serca tu nie zostawiam. W całym kraju jest tona ciekawych miejsc. Parki narodowe, świetne miejsca do nurkowania. Te zobaczę w kolejnej podróży, mam nadzieję.

Wchodzę ponownie do kafejki internetowej. Pan zamiata. Siadam i pytam czy mogę skorzystać z komputera. „Jeszcze nieczynne, może za godzinę otworzę”. Kocham ten luz.

Wiem, że trochę czas mnie nagli. Za kilkanaście dni muszę dotrzeć do stolicy Meksyku i złapać samolot do Los Angeles. Po drodze mam jeszcze tonę do zobaczenia. Cóż, muszę włączyć tempo i postawić sobie jakieś priorytety. Trochę mi żal przyrody i luzu Belize, ale Meksyk będzie równie dobry.

Na granicy z Meksykiem dowiaduję się, że nic nie wiem o chaosie i korupcji. Tu dopiero jest przygoda. Dołączam do Niemca, który się zorientował, że niechcący zapłacił łapówkę za pieczątkę. Ta jest bezpłatna. Niemiec uwierzył, że urzędnik nie kłamie. Zapłacił jakieś 40 złotych. Przeżyje kwotę, ale oszustwa nie. Urzędnicy bawią się nami i łazimy od okienka do okienka. Po drugiej stronie wmawiają nam, że są tylko taksówki za 100 dolarów. Oddalamy się na piechotę od tego bałaganu i szukamy przyjaznej twarzy, która podwiezie nas pod jakiś autobus. W końcu się udaje. Wjeżdżam do Meksyku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.