Jaskinie Pindaya i 20-kilometrowy trekking dookoła Kalaw (Mjanma cz. 6)

Do Kalaw przyjechałyśmy o świcie. Wioska jeszcze spała. Wreszcie cisza, spokój i rześkie górskie powietrze. Syn właścicielki umożliwił nam wcześniejsze wejście do pokoju, co też odnotował w notesie. „To będzie dodatkowo płatne!” – podkreślił. Spania już specjalnie nie było, ale mogłyśmy się wykąpać i położyć na chwilę.

Tego dnia chciałyśmy załatwić dwie rzeczy: trekking po okolicy i wizytę w jaskiniach Pindaya. Zeszłyśmy na dół gdzie czekała już rzutka właścicielka. Pani zdecydowanie znała się na rzeczy. Wygadana, obeznana w całej okolicy i oferująca szeroki zakres usług. Natychmiast kazała nam iść na rynek, potem jechać do jaskiń, a nazajutrz iść na trekking. Pani zdecydowanie nie za bardzo lubiła słuchać tylko organizować innym życie. Między słowami wylatującymi z jej ust jak naboje z XM25 wylatywały też monety, a w oczach źrenice zamieniały się w znak dolara. No, rozumiem, że każdy chce zarobić, ale hola hola. Zapisałyśmy się na trekking, ponieważ pani obiecywała, że tylko jej przewodnik coś umie, a reszta to popelina. A jej cena to okazja roku. Umówiłyśmy się też na późniejszy wyjazd do jaskiń. Póki co, po toście i kawie poszłyśmy na rynek, tak zachwalany przez właścicielkę.

RYNEK W KALAW

Rynek rzeczywiście ciekawy. Mydło, warzywa, owoce, mięso, pisklaki, przyprawy, zmasakrowane szczątki dzikich zwierząt i powidło. Kupiłyśmy warzywa i owoce i pogapiłyśmy się na mieszkańców. Trwa normalne życie. Turyści przemykają między załatwiającymi swoje codzienne sprawunki mieszkańcami. Żebracy klęczą miedzy kupującymi, nieraz tarasując przejście. Młodzież przebiera w sprzedawanych płytach z muzyką i filmami. Koty modlą się przy kobiecie sprzedającej ryby.

Do jaskiń pojechałyśmy zbiorczą taksówką. Turystyka w Birmie szybko się rozwija. Wszyscy miejscowi hotelarze doskonale się ze sobą dogadują i dopełniają taksówki swoimi klientami. Znalezienie taniego przejazdu to betka. Pojechałyśmy razem z parą z Francji. Pani miała polskie korzenienie jednak po polsku znała tylko „Dzień Dobry” i podobnie jak jej mąż mówiła tylko po francusku. Rozbrajała mnie ich pewność, że wszyscy dookoła ich rozumieją. Nie starali się nawet modyfikować swojego przekazu i wplatać kilka bezokoliczników po angielsku i gadali cały czas po francusku. Ratowała ich fajna energia i serdeczność.

BEST PRICE MY FRIEND

Po drodze do jaskiń zajechaliśmy do warsztatu produkującego papier. Takie wycieczki to zmora. Niby tylko jedziemy do jaskiń, ale zajedziemy tu, bo to taka okazja i taka atrakcja. Takie przywożenie klientów do zaprzyjaźnionych warsztatów czy sklepów to ogólno-azjatycka ściema. W sklepie wcisną wam nowy kit. Urodziny właściciela, zaczął się rok szczura, król ma imieniny, wyrżnął się ząbek dziecku ministra. I tylko dziś best prajs maj friend. Reaguję na to z uśmiechem i sympatią, bo już dałam się nabrać. Mimo tego przymusowego zwiedzania sklepu oglądamy z uwagą produkcję papieru. Naprawdę było to ciekawe. Chętnie wsparłabym panie produkujące papier. Uczciwie zarabiają na swe życie. Zakupów jednak nie zrobimy, ale możemy kupić herbatkę.

JASKINIE PINDAYA

Będąc już totalnie „zBudzdzoną”, na kolejne hasło posąg Buddy można zareagować śpiączką lub agresją. Słysząc „ponad 8000 posągów w jaskini”, zaobserwowałyśmy u siebie lekkie podniecenie. Warto zapamiętać, że wszystkie takie miejsca zwiedza się boso i w odpowiednim stroju. W Malezji w jaskini nauczyłam się chodzić krawędziami stóp w obawie przed bliskim kontaktem z karaluchem. Zostawiło to trwały ślad na mojej wątłej psychice. Trzeba zapamiętać przy którym wejściu porzuca się swoje sandałki, a jak obsługa pozwoli, to najlepiej wziąć je w plecaku ze sobą. Jaskinie są słabo oświetlone i aparat będzie miał nie lada wyzwanie. Posągi są w rożnym wieku. Najstarsze pochodzą z XVIII wieku. Mnóstwo jest darowanych lub pod opieką różnych międzynarodowych instytucji. Warto zwrócić tu na ikonografię i różnicę w stylach posągów. Nigdzie indziej nie ma tak różnorodnej kolekcji. Do jaskiń warto też przyjechać dla widoków na pobliską okolicę i cudownego posągu pająka, który strzeże wrót do jaskiń.

Po południu wróciłyśmy do Kalaw i poszłyśmy szukać więcej informacji o trekkingu i knajpy. Jakoś nie do końca ufałam naszej pani właścicielce. W miasteczku jest sporo agencji organizujących trekking. Na ganku jednej z nich siedział fajny facet. Komunikatywny, uśmiechnięty i mający znacznie lepszą ofertę. Anulowałyśmy wycieczkę u babskiego Scrooga i umówiłyśmy się z Johnem nazajutrz. Oznajmił nam, że dołączy do nas jeszcze trójka ludzi. No i fajnie! Na kolację poszłyśmy na pizzę do restauracji prowadzonej przez Włocha i jego birmańską żonę. Pizza i piwo pierwsza klasa.

TREKKING

Kolejnego dnia rano stawiłyśmy się o świcie pod agencją Johna i okazało się, że idziemy razem z …. Francuzami i super fajną Chinką. Chinka na szczęście świetnie mówiła po angielsku. John zaplanował dla nas 20-kilometrowy spacer po wzgórzach, wizytę u rodziny mieszkającej w górach, obiad w knajpce na trasie. Luty to pora sucha w Birmie. Wzgórza wówczas są brązowo zielone, roślinność jest wyschnięta, na ziemi nie brakuje liści. Warto wziąć dobre buty, kapelusz i dużo wody. Trasa nie jest trudna, ale dość monotonna. Zdjęcia, które zamieszczam na blogu nigdy nie są obrabiane. Po powrocie widziałam w sieci fotki z tego samego czasu. Ślicznie zfotoszopowane poprzez dodanie dymków i podkręconą zielenią. Otóż tak nie jest. Pary i soczystej zieleni w lutym brak! Najciekawszymi momentami była wizyta w szkole, u rodziny i przechodzenie przez plantacje kawy, herbaty i awokado. Przejście przez wyschnięty na pieprz las deszczowy było też interesujące. Zwłaszcza walka o równowagę podczas sunięcia w stercie liści w dół wzgórza. Żałowałyśmy, że nie mamy nic dla dzieciaków ze szkoły. Jeśli będziecie tam kiedykolwiek to pęk długopisów, zeszyty i cukierki będą na pewno mile widziane.

W okolicznych górskich wioskach każda rodzina chętnie gości wędrujących. Żyją z upraw herbaty, kawy, awokado i wizyt turystów. Posiedzieliśmy z nimi z godzinkę. Wypiliśmy kilka filiżanek świeżego naparu z liści herbaty, która rosła przed domem, posłuchaliśmy o ich życiu. Ja przebrałam się w strój gospodyni, pobawiłam się zabawką dzieci, a Baśka kupiła kilka opakowań herbaty. Takie wizyty w szkołach i u rodzin powinny być przymusowe dla wszystkich rozpieszczonych dzieciaków z Polski. Patrz i doceniaj co masz. Masz na pewno za dużo.

Po kilku kolejnych godzinach wędrówki dotarliśmy do knajpki, która oferuje miejscową kuchnię. John po drodze zerwał kilka awokado i pomidory. Na miejscu zrobił nam sałatkę z trzech składników: pomidor, awokado, cebula. Bez przypraw i oliwy. Sałatka życia. Słońce najlepiej ją przyprawiło. Pycha.

Nie znamy prawdziwego birmańskiego imienia Johna. Prawdopodobnie jest to nowe imię, w nowym życiu jakie prowadzi. Dziś jest przewodnikiem. Przedtem wraz z rodziną miał farmę. Uprawa roli i zwierzęta. Pewnego dnia przyszło wojsko i powiedziało, że mają się wynosić. Bez zabierania czegokolwiek, bez żadnego odszkodowania. Po prostu stracili majątek życia i jedyne źródło utrzymania. Mimo tego potrafił się odnaleźć i stanąć na nogi. Teraz spokojnie wiąże koniec z końcem i robi to co kocha. Czy sytuacje jak ta nadal mają miejsce w Mjanmie? Mają, mówi John. Teraz zabiera się firmy. Niby jest demokracja, niby jest demokratyczny rząd, ale poprzednia kadra pozostała, albo ma swych ludzi tam gdzie trzeba. Szary człowiek nie ma nic do gadania.

Chinka podczas wędrówki wypala chyba z 20 fajek. W połowie drogi ściszonym głosem wyjawia mi, że ma facebooka. „Wiesz to nielegalne, ale mam. Nie napiszę do Ciebie, ale dodaj mnie!” Dodaję.

Wracamy po południu do miasteczka i idziemy najpierw rozliczyć się z panią właścicielką. Już nie jest dla mnie taka miła. Nie wzięłam jej drogiej wycieczki. Na moje pytania o autobus krzyczy „WHAT?” i udaje, że jej angielski nagle uległ pogorszeniu. Część opłaty za hotel chcemy zrobić w dolarach. Pani przyjmuje od nas banknot i przez minutę w okiem przyklejonym do papierka skanuje pieniądz. Nagle pokazuje kropeczkę i mówi, że nie przyjmie go. Wyciągam birmańską kasę. Brudną, poplamioną i pogniecioną. Pytam czy to jej odpowiada? I o co chodzi z tą szajbą i czcią dolara?  „Dolar z kropką, zły dolar!” Płacimy w kyatach. Idziemy na ulicę znaleźć namiastkę dworca, kupujemy bilet na autobus na kolejny dzień i po posiłku idziemy na zasłużony odpoczynek. Dla Baśki był to spacer życia.

Rano w autobusie do Inle Lake spotykamy Francuzów. Lubię ich, ale nie rozumiem. Ręce i miny idą w ruch. Udaje nam się nawet opowiedzieć historię z dolarami. Niech ktoś powstrzyma tę karuzelę śmiechu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *