Urokliwa Santa Barbara i złamane serca (USA cz. 6)

Ponownie, nieświadoma tańszych środków transportu, dotarłam pociągiem do Santa Barbara. Pociąg ma niewątpliwe zalety. W Kalifornii przede wszystkim-widoki. Trasa wiedzie tuż przy zielonych wzgórzach. Chmurki delikatnie otulają gładziutkie pagórki. Pasie się bydło. Czasem przemknie jakaś „dziczyzna”. Same tandetne landszafty. Sielsko, anielsko. W pociągu toczą się rozmowy. Ludzie są otwarci. Czasem zbyt. Rozmawiam z nadjedzonym zębem czasu i używkami panem. Pan twierdzi, że jest producentem muzycznym. Tematy wszelakie od koloru tapicerki siedzeń po życie duchowe krowy. Jest miło, ale czuję lekki dyskomfort i pozę mojego rozmówcy. Zarzekam się, że nie potrzebuję podwózki, ponieważ czekają na mnie moi nowi znajomi. Pan na dworcu wytacza spore działo: „Weźmy ślub!”. Tak, tego, tamtego. Grzecznie podziękowałam. Nie był specjalnie rozczarowany. Może myślał, że to film?

Na dworcu kolejowym trafiam w ręce kolejnych gospodarzy z couchsurfing. Małżeństwo nauczycieli z przeuroczymi bliźniaczkami. Od razu jedziemy na targ warzywny. Targi w Kalifornii mają niewątpliwą zaletę. Wiekszość produktów została wyhodowana na miejscowych farmach. Wspieramy tutejszych rolników, a nie koncerny. I warzywa są często pozbawione pestycydów czy innych świństw. Na takich targach prócz rolników przesiadują również wróżki, muzycy, artyści plastycy i bezdomni.

Warunki w jakich zamieszkam w Santa Barbara będą zdecydowanie najlepsze. Nigdy później nie będę miała w USA takiego łóżka z pościelą. Tu zamieszkam w domku dla gości w ogrodzie! Luksus!

Rzucam manatki i idę chłonąć miasto. Andrew-anarchista-buntownik-były prawnik z San Luis Obispo ostrzegał mnie, że ludzie w Santa Barbara są pozbawieni serca. Myślą tylko o pieniądzach i o tym czy ładnie wyglądają. Ich miasto zdecydowanie prezentuje się zacnie. Jest po prostu piękne. Centrum to zadbane alejki, kwieciste rabaty. Pachnie różami i jaśminem. Czy ludzie tu mają serce, jeszcze nie wiem. Na pewno dbają o siebie. Brak żarłaczy białych. Wysportowani, uśmiechnięci i szczęśliwi. Pierwsze wrażenie.

Moją uwagę przykuwa spójność architektoniczna tego miejsca i dbałość choćby o szyldy. Nie ma banerów, wielkoformatowych szmat czy dziesięciu pstrokatych tabliczek na jednym domu, jak w Polsce. Pierwszymi mieszkańcami byli tu hiszpańscy misjonarze. Stąd, domy przypominają hiszpańskie hacjendy.

Po miastach typu Merced czy Modesto, gdzie się „nie chodzi” wreszcie jestem w miejscowości, w której spacer to nie szukanie guza. Przechadzam się State Street-najbardziej handlową ulicą miasta i trafiam do miejsca, które stanie się moim przekleństwem. Yogurtland. Jest to samoobsługowa kawiarnia z szerokim wyborem mrożonego jogurtu. Ambrozję nalewa się do kubeczka z podajników na ścianie. Wybór smaków i datków nieskończony. Przed zważeniem można dodać orzeszki, żelki, ziarenka, co chcecie. Niebo w gębie. W głowie piekło. Od tej pory mam jedną uporczywą myśl, zwłaszcza z rana-„Gdzie tu jest najbliższy Yogurtland?”. Nienawidzę skurczybyka!

 

 

Oprócz takiej strawy, która sprawia, że będziemy potrzebowali większych spodni, można zadbać jeszcze o strawę duchową. Podczas mojego pobytu w Stanach w 2010 roku scjentolodzy mieli żniwa. Na każdym kroku można było znaleźć ich świątynie. Przed nimi nagabywacze. Od przystojnego młodzieniaszka, prężącego klatę po starszego pana, który wabi intelektem i gadkami ze szkoleń NLP dla sprzedawców suplementów. Zagadałam, bo lubię wiedzieć, co się kryje w głowach ludzi, którzy wierzą w teorie pisarza science fiction. Dostałam wyraźny przekaz. Najpierw kursy potem odpowiedź. Po nich mój świat zmieni się na lepsze. Mój portfel też. Dla organizatorów.

 

Obok kościołów religii wszelakich, w Kalifornii jest największy wybór salonów ezoterycznych, jaki widziałam. Chiromancja, tarot, czytanie aury. Madame Rosinka doradza w każdej sprawie. Osobom z amnezją przepowiada też przeszłość. W podróży mam szczęście do wróży. Sami mnie znajdują. Takie atrakcje zostawiam okolicznościom przyrody .

 

W Santa Barbara jest kilka miejsc, które warto odwiedzić. Prócz State Street warto zobaczyć port-Stearns Wharf i Shoreline Park. Oprócz spacerku można połowić ryby, spróbować surfingu, powróżyć sobie z ręki, wypożyczyć rower.

 

Osoby, które po raz pierwszy w życiu będą chodzić po pomoście, dowiedzą się z tabliczki ostrzegawczej, że deski nie są równe, mogą mieć gwoździe i drzazgi. Należy patrzeć pod nogi, zwłaszcza jak się chodzi na bosaka bądź w szpilkach.  Amerykańska opiekuńczość i zapobiegliwość jest wzruszająca.

 

Na plaży są też stanowiska żebraków-artystów, ukrywających się gdzieś w pobliżu. Są to często kocyki z zabawnymi instalacjami. Żonę porwano i potrzeba drobnych na okup. Obama też chce zmiany/drobnych (gra słów). Przesądni mogą rzucić drobniakiem do celu. Trafienie 10 przynosi szczęście i spełnia życzenia. Nietrafienie spełnia życzenie właściciela kocyka. Moneta zostaje.

Kolejnym miejscem godnym uwagi jest Ogród Botaniczny. Świetne miejsce na relaks, spacer i podziwianie bogactwa flory Kalifornii. Jest tu nawet puchata, kudłata kora sekwoi w przekroju.

Poznaję tu Amerykankę, która zwiedza Kalifornię wynajętym samochodem. Oferuje, że zabierze mnie do kolejnego zabytku. Po poprzednich przygodach z autostopem tym razem lęków nie mam.  Kobieta chyba jest normalna. Jedziemy do Starej Misji Franciszkańskiej założonej w XVIII wieku. Dzisiaj jest to miejsce różnych uroczystości. My trafiamy na przygotowania do ślubu.

 

 

W drodze do centrum jedziemy jeszcze do budynków sądu-Santa Barbara County Courthouse. Bez samochodu nigdy nie zobaczyłabym miasta i okolic w takim tempie. Jestem wdzięczna! Santa Barbara County Courthouse został zbudowany w 1929 roku i jak większość budynków w tym mieście jest w stylu hiszpańsko-kolonialnym. Zwiedzać można wszystko. Ogrody z gatunkami drzew i roślin z ponad 20 krajów, sale sądowe, taras widokowy.

 

I tak sobie słodko zwiedzamy. Zaczynamy rozmawiać o życiu. Rozmowa zmierza w dziwną stronę. Czasem wolno odbieram czyjeś intencje. Nie mam w zwyczaju myśleć, że każda rozmowa to zaloty. Pani nagle pyta czy się z nią nie wybiorę w podróż. „Podróż, wiesz, no. Pojedziemy sobie do Grecji…” Jeszcze nie rozumiem. W końcu obijają mi się kulki. Dwa kosze w jeden dzień. Człowiek wie, że jest otyły, ubrany w łachmany, spocony i raczej pospolity. A tu takie dwa komplementy jednego dnia. Z dwóch stron tęczy. Jestem okrutnicą. Kiedy po powrocie opowiadam o swoim dniu moim gospodarzom ci łapią się za głowę. „Nigdy do nikogo nie wsiadaj! Nie ufaj, uważaj, świrów jest pełno, nie przyjmuj oświadczyn, to normalne, że tak mówią, uciekaj, strzeż się, czuwaj.” Mój świat padł w gruzach. To nie była miłość, ani zauroczenie… To kalifornijskie życie lub jednostka chorobowa. Mark chyba tak się przejął moim losem, że od razu zaplanował moją dalszą podróż. Otóż mam za kilka dni jechać do Los Angeles i stamtąd lecieć do Meksyku. On mi kupi bilet. Tanio. Na Stany to się nie nadaję. Mam się oduczyć zaufania do ludzi. On sam spędził rok w Meksyku i wie, że to kraj dla mnie. No dobra. Po chwili rzeczywiście mam tani bilet. Klamka zapadła. Za sześć dni polecę do Mexico City. Bliźniaczki dają mi szkolenie wzrokowe.

Wieczorem jadę jeszcze z moimi gospodarzami na garden party do ich przyjaciół.  Bardzo pospolite kalifornijskie garden party. Kraby, krewetki, ceviche, małże, sałatki. Z tej pospolitości zjadłam wszystko. Razem z talerzem. Ludzie cudowni. Pani artystka, tworząca w domku w ogrodzie i pan architekt. Gromadka dzieci i psów. Moje klimaty. Nikt nikomu dupy nie obrabia, nie gada o kasie, polityce. No może prócz kondolencji związanych z Smoleńskiem dla mnie.

 

 

W Santa Barbara spędzam jeszcze jeden dzień. Miasto jest niezwykłe. Udaje mi się odwiedzić galerię sztuki i znaleźć Chagala. I jak zwykle idę kilka razy do Yogurtland….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *