Pontonem rzeką Fonce (Kolumbia cz. 6)

Witam serdecznie z gorącej, kolorowej i głośnej Cartageny. Obecnie są obchody święta Matki Boskiej z góry Karmel. Wszyscy wystawiają przed dom głośniki i pomału tracą słuch…

O Kartagenie napiszę w kolejnych wpisach. Dziś krótka relacja z San Gil i raftingu po rzece Fonce. Przed nimi była jeszcze wizyta w Barichara. O niej innym razem.

Tak jak pisałam, spływ i bilet na nocny autobus zarezerwowałam w zaprzyjaźnionym hostelu El Dorado w San Gil. Na spływ kazano mi się stawić w hostelu chwilę przed 10.oo. Obiecano mi, że firma od sportów ekstremalnych zabierze mnie i po spływie mokrą i szczęśliwą odstawi do hostelu, tak bym mogła wziąć prysznic i przebrać się. No i żebym nie szła przez miasto ociekając wodą.

No dobra, ale żeby dostać się do hostelu El Dorado z domu Paula musiałam wyjść z całym ekwipunkiem około dwie godziny wcześniej. Około półtorej godziny trwa przejście pieszo z jego domu do miasta. A przy odrobinie szczęścia można złapać busik do samego centrum. Wówczas jest się tam w dwadzieścia minut. Zjadłam śniadanie, ubrałam się w ciuchy do zrujnowania lub przemoczenia, przygotowałam pakiet na zmianę, spakowałam wszystko w miarę mądrze, pożegnałam się z Paulem, Sandrą i psami i poszłam.

Przez pierwsze dwadzieścia minut spaceru wzdłuż drogi było w miarę łatwo. Droga opadała delikatnie w dół, słońce nie świeciło jeszcze pełną mocą, ruch był niewielki. Jedynie kilka motorów mnie minęło. Co chwila patrzyłam na zegarek czy na pewno zdążę. Po chwili spotkałam na drodze grupę cyklistów z trenerem na motorze. Ten wzruszył się moim losem i chciał nawet zawieść do miasta. Dopiero gdy pokazałam mu plecak, zrozumiał, że może jednak nie. I nagle zza zakrętu wyjechał colectivo i nie musiałam już dalej maszerować. Do miasta przyjechałam chwilę przed 9.oo, poszłam jeszcze na arepę (zapiekany placek z np. serem) i kawę.

Po śniadanku poszłam do hostelu, rozsiadłam się w lobby żeby coś poczytać. Pamiętając o kolumbijskim luzie w podejściu do czasu, nie sądziłam, że przyjadą zabrać mnie na spływ przed 10.00. A tu nagle prawie trzydzieści minut przed czasem, są!

Zabezpieczyłam swoje rzeczy na zapleczu recepcji i bez żadnej torby i z jednym banknocikiem na zdjęcia ze spływu (nie wolno robić własnych) oraz z butelką wody pojechałam na spływ. W naszej ekipie byłam jedyną gringo. Tak jak wszyscy wysłuchałam szkolenia po hiszpańsku, niewiele z tego zrozumiawszy, starałam się chociaż zapamiętać komendy. „Do przodu”, „Wstrzymaj”, „Prawa strona wiosłuje do przodu/tyłu”, „Do środka”-czyli chowamy się do pontonu. Każdy dostał wiosło, kask i kamizelkę. Instruktor wybrał dwóch kapitanów, dziecko i matkę posadził pośrodku i wypłynęliśmy.

Spływ rzeką Fonce należy do najłatwiejszych w San Gil. Człowiek się nie zmęczy, ani też specjalnie nie przestraszy. Było to dla mnie ważne, żeby mieć jeszcze siły po spływie i nie zmoczyć się totalnie. Tej samej nocy miałam jechać kilkanaście godzin do Santa Marta i nie chciałam jechać z mokrymi ciuchami w plecaku i z siniakami na ciele.

Nasz instruktor miał naprawdę dużą wiedzę o rzece, przyrodzie i technice mijania uskoków i głazów. Od samego początku jednak postawił na zabawę i wystawił nas na największe ścianki wody udowadniając nam, że możemy nawet wpłynąć na uskok pod prąd jeśli tylko mocno wszyscy będziemy wiosłować. Pot lał się strumieniami, ale walka była. Hektolitry wody przelewały się przez ponton. Dziewczyna siedząca na dziobie więzła na siebie większość fal. Po kilku minutach my z tyłu byliśmy całkowicie mokrzy. Z niej lało się wiadrami. Na szczęście ponton jest tak skonstruowany, że każda ilość wody sama z niego wypłynie dolnymi odpływami. Większość czasu siedzi się w wodzie po kolana, ewentualnie po tyłek. Jednak po chwili woda znika i można znowu zobaczyć swoje stopy.

I tak wiosłowaliśmy z prądem obserwując w miarę możliwości linię brzegową. Na kamieniach wygrzewają się iguany, gdzieś przy brzegu ptaki jedzą padłą „sarnę?”. Widać też jakie inne sporty ekstremalne uprawia się w San Gil. Jest i huśtawka gigant i zjazdy na linach nad rzeką. Dwie godziny minęły strasznie szybko i dopłynęliśmy do mety, która jest w samym centrum miasta. Zabawa była tak przednia, że wszyscy z rogalami na twarzy szliśmy do biura. Tam zgrano nam zdjęcia i kilka filmów i okazało się, że luz, transportu nie ma. El Dorado jest tak blisko, że się Amiga przejdziesz. Samochód pojechał po innych. No to poszłam. Idę sobie mokra przez miasto. Miejscowi pewnie myślą, że mam problemy z poceniem. Jakoś tak więcej osób coś do mnie gada. A jeden koleś uparcie jedzie za mną na motorze. Po kilku minutach spacerku spodenki lekko podeschły i wtedy poczułam, że mam jakoś dużą wentylację z tyłu.  Poklepałam się po zadku i czuję przyczynę ekscytacji całej ulicy. Cóż, zrobiłam minę średnio rozgarniętej i twardo maszerowałam do miasta.

20160713_140617

Dopiero przed hostelem porzuciłam jednego absztyfikanta.  Załamał się, że powiedziałam A, ale B już nie. Nici z ślubu. A taka otwarta byłam. Wykąpałam się, popisałam coś na blogu i poszłam na żarcie.

I znowu to samo. Wracam po obiadku do hostelu grubo przed czasem. Do autobusu jeszcze dwie godziny, a tu recepcjonista mówi, że ze względu na strajki, przesunęli wyjazd. Dzwonili do niego z dworca żebym już jechała, ale jakoś zapomniał mi powiedzieć. Gazem więc taksówką na dworzec i tam już znowu komitet powitalny wsadził mnie i Amerykankę do autobusu, i wyruszyliśmy w kierunku Bucaramanga, gdzie mieliśmy przesiadkę do Santa Marta. Amerykanka podróżuje już od ośmiu miesięcy po Ameryce Południowej. Chwilę pogadałyśmy, po czym oświadczyła, że my jako gringo od tej pory trzymamy się razem. Pilnujemy swoich rzeczy nawzajem i w ogóle się troszczymy o siebie. Po chwili założyła sobie opaskę na oczy i zasnęła. Niestety nie wiedziała, że podobnie spędzam jazdę. Na szczęście w Kolumbii nie zawsze można spać w autobusie, bo z niewiadomych przyczyn włącza się klimę i muzę na ful. Wszyscy siedzą w kurtkach i pod kocami. Widocznie nie wiedzą, że klimę można regulować. A może w ten sposób doświadczają pór roku?

Tu wrzucam kilka filmików nakręconych przez naszego instruktora Cristiana. Nie są to najciekawsze momenty spływu, ale namiastka emocji jest.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.