Jeśtem takia ślotka w Seulu (Korea Południowa cz. 1)

Anyoung haseyo!!!

Wyjazd do Korei był czystym przypadkiem. Tak naprawdę w 2015 roku nie miałam nigdzie jechać. Ewentualnie gdzieś po Europie. Los chciał, że przypadkiem zauważyłam promocję. 1800 złotych za bilet w dwie strony z Warszawy. Nie mogłam się oprzeć. Zrobiłam jeszcze krótkie rozeznanie w cenach. Okazało się, że w Korei ceny są prawie takie same jak w Polsce.

Zakładam, że będę spać głownie u członków couchsurfing  i w hostelach. Biorę worek kaszy (na wypadek totalnej biedy i chęci odpoczęcia od smażeniny), szybka rezerwacja na trzy tygodnie, spakowany plecak i w drogę. (Kasza nie przydała się.)

Jadąc do Korei nie zrobiłam sobie żadnego planu podróży. Jedyne co chciałam zrobić to zobaczyć  Seul, granicę z Koreą Północną i spędzić choć noc w świątyni buddyjskiej gdzieś w kraju i pouczyć się medytacji u mnicha. No i oczywiście zrozumieć na czym polega fascynacja tym krajem młodych ludzi w Polsce.

Podróżowanie po Korei jest niezwykle proste. Życie turysty-podróżnika jest banalne. Dobre drogi, świetny transport: autobusy, pociągi, metro nawet miejski autostop. Wszystko idzie jak po maśle. Na ulicach dziesiątki knajp i kawiarni. Z hostelami lub noclegami u członków couchsurfing też nie było problemu. Zmartwień  i zagrożeń zero. Każdy da sobie radę.

LUDZIE

Wydawałoby się, że w kraju tak nowoczesnym i cywilizowanym ludzie będą uprzejmi i pomocni. W końcu żyją w dobrobycie. Mają wszystko. Wiem, że nie warto generalizować i mówić wszyscy Polacy, wszyscy Koreańczycy. Jednak nie uciekniemy przed ogólnymi wrażeniami. Moje pierwsze i te po całym pobycie były takie. Dla mnie pierwszymi przedstawicielami homo sapiens są zawsze kierowcy i ludzie zaczepiani na ulicy. Uogólniajmy więc:

Prawie nikt nie mówi po angielsku, a jak już się podejdzie do kogoś, by spytać o drogę to Koreańczycy albo kłamią i pokazują jakikolwiek kierunek, albo uciekają, albo robią wywód po koreańsku. Kłamstwa są sposobem na wyjście z sytuacji z twarzą… A jak już mówią po angielsku potrafią zadawać dość osobiste pytania i peszą się jak dostaną odpowiedź. Jak zada się im równie trudne pytanie, to zmieniają temat. Dlatego też większość znajomości opartych na szczerej i przejrzystej wymianie zdań jakie zawarłam w Korei to te z cudzoziemcami.

Moda na rogowe okulary bez szkieł trwa. Chłopcy farbują włosy robiąc sobie rude pasemka. Noszą też umiłowane przez Polaków kochane klapki kąpielowe, ze skarpetą! PRL w Korei.

Dziewczyny noszą jeden wałek na grzywce. Nie wiem po co, nie pytałam. Wszystkie wałki, które widziałam były różowe. Nie udało mi się zrobić zdjęcia z biodra. Efekt w skali haha 10/10.

Koreanki uwielbiają operacje plastyczne. Młode są śliczne jak laleczki. Po wieku balzakowskim następuje stopniowe brzydnięcie, a głos z Hello Kitty staje się tubalny.

Każda porządna Koreanka ma lusterko w torebce, które jest używane co drugi przystanek. Naprzemiennie z komórką, którą robi sobie słit focie robiąc minki; zaskoczony kotek, zdziwiony kotek, śliczny kotek, niewinny kotek. Ogólnie mam tu problem z młodymi babkami. Zdziecinnienie, głosik Hello Kitty i wsistko jest ślodkie. Nawet w chwilach gdy wyglądałam jak kupa, dostawałam komplementy „zie jestem takia ślotka!”. Mam niestrawność po tym udawanym cukrze i wyćwiczonych minkach. Jedyna młoda Koreanka, której nie chciałam zbić, to dziewczyna poznana w świątyni, w której mieszkałam. Spędziła okres studiów w Wielkiej Brytanii, świetnie mówiła po angielsku, była niezwykle wygadana i oczytana. I normalnie mówiła. Nie słodziła i nie kontrolowała mimiki twarzy w kierunku jeśtem ślotka. Odpowiadała na pytania, tłumaczyła mi koreańską rzeczywistość. Zdecydowania moja ulubiona Koreanka.

Koreańczycy (faceci), których poznałam chwalili się jakimś tam hobby i zainteresowaniami. Inteligentny facet to jest to! Lubię gadać więc „drążyłam” i okazywało się, że poza chwaleniem nie ma nic. Mój gospodarz sto razy powtarzał , że studiował literaturę angielską i uwielbia ją. Sama kończyłam filologię, ale nie uważam siebie za szczególnie oczytaną. Braki są. Pytam zatem o tytuły, by rozwinąć rozmowę. „Makbet” i „Wichrowe Wzgórza”. „Czy coś jeszcze?”-pytam. „No Makbet i Wichrowe Wzgórza yyy….”  „No to co Cię tam uwiodło?”-pytam. „To, że on ją tak kochał!” Faceci też prawią komplementy każdemu spoza Korei. Jesteś takia mądra, takia odwiaźna, taka fajna. Jest to sztuczna uprzejmość, z którą mam problem.

Koreanki są proste w obsłudze. To już wiem od białych facetów. Każdy biały facet po wejściu do klubu ma od razu wianuszek laleczek. Trzeba tylko być nie Azjatą. Wszystkie piszczą i wydłużają każdą samogłoskę. Poznany Niemiec dał sobie buzi z Koreanką w knajpie i po powrocie do hostelu, dostał sto sms-esejów od niej. Że ta ich miłość jest wielka, że ona go kocha i że zawsze będą razem, choć ona żałuje że była takia  niegziecznia. I że ich serca się odnalazły i ptaki o tym śpiewają

Koreańczycy uczą się i pracują całe życie od świtu do nocy. Kult pracy i rywalizacji jest obecny wszędzie.

Pary noszą te same koszulki. Słodko!

Rozwodów prawie w ogóle nie ma. Kobiety wolą znosić zdrady i złe traktowanie niż „stracić twarz” i zostać rozwódką.

W górach, po wspinaczce, Koreańczycy piją wysokoprocentowy alkohol i lekko pijani schodzą ze szlaku. Mimo to idą dość pewnym krokiem.

W Seulu jest sporo wojskowych z USA, no i sporo obcokrajowców pracujących przeważnie jako nauczyciele.  Częste są wymuszenia odszkodowania od białasów. Według relacji poznanych Amerykanów ulubionym sportem zdesperowanych Koreańczyków jest rzucanie się pod samochód wyjeżdżający z jednostki USA. Można jeszcze w barze obrazić pijanego białasa, poszturchać go, a jak odpowie liściem, albo da z grzywki to Koreańczyk pada na ziemię, udaje nieprzytomnego. Inni wzywają policję i karetkę. Słowo jednego białasa kontra 10 Koreańczyków jest nic nie warte.

Koreańczycy miedzy sobą często lubią pokazywać wyższość drugiej osobie. Zwłaszcza jak mają wysokie stanowisko. Wymagają wówczas czapkowania.

Większość Koreańczyków świetnie orientowała się gdzie jest Polska i nawet była w Krakowie!

TRANSPORT

W Korei kierowcy nie zatrzymują się przy przejściu dla pieszych. Nawet jak stoi się już na ulicy pośrodku przeciwnymi pasami, spokojnie klinują tam przechodnia. Na szczęście przechodzić przez ulicę nauczyłam się na Bliskim Wschodzie. Miałam więc krótki kurs przypominający.

Kierowcy autobusów jeżdżą jak wariaci, choć przepisowo.

Na pomoc kierowcy autobusu czy taksówki z bagażem nie ma co liczyć. Ogólnie Koreańczycy nie interesują się sprawami innych, nie pomagają nieproszeni, a zaczepieni bez słowa uciekają. Można się przewrócić na ulicy i sobie poleżeć. Nikt nie podejdzie.

W Seulskim metrze przyjazd pociągu sygnalizują fanfary. Na stacji można kupić ciasteczko, napoje i maski przeciwgazowe.

W metrze czy autobusie nikt nie ustępuje miejsca nikomu. Jednak są specjalne miejsca wydzielone dla starszych, schorowanych i kalek i tam rzeczywiście nikt nie siada prócz potrzebujących. Starsi mogą zaprosić na siedzenie kogo im się podoba. Mnie raz to się zdarzyło jak miałam na sobie plecak i łakomym oczkiem zerkałam na puste miejsce koło babć. Moja rozmowa na miny i gesty z radą starszych przejdzie do kanonu komunikacji niewerbalnej. Po minach moich współpasażerów trudno było stwierdzić czy się ze mnie śmieją. Myślę, że byli wewnętrznie rozdarci.

Ogólnie w autobusie czy metrze panuje cisza. Nikt ze sobą nie rozmawia. Wszyscy patrzą w smartfony lub lusterka. Starsi ludzie są wyjątkiem. Młodzi przeważnie cały czas patrzą w telefon czy ładnie wyglądają lub śpią. Dziewczyny godzinę podejmują decyzję czy loczka położyć na lewej stronie czoła czy prawej.

W koreańskim PKP konduktor kłania się pasażerom w pas wchodząc do wagonu. Nikt nigdy nie sprawdził mi biletu. Byłam niewidzialna.

KRAJ

Miasta w większości to betonowe dżungle. Pstrokacizna sąsiaduje z „ohydzizną”. Świątynie, pałace stoją między blokami. Są cudownymi oazami ciszy… Uwielbiam… Wewnątrz świątyń tętni życie religijno-towarzyskie. Architektura świątyń, klasztorów i pałaców plus zagospodarowanie przestrzeni są urzekające.

Świątynie są na każdym kroku. Kiedyś idąc przez osiedle, przypadkiem dowiedziałam się, że tuż nad nim jest kolejna z pięknym widokiem na miasto. Sprzedawca, w którego sklepie kupowałam wodę, wzruszył się moim losem piechura i podrzucił mnie pod pierwsza stację „pielgrzymki” na górę świątynną. Dalej nie wiedziałam co mnie czeka. Tu, jedyny raz podczas mojego pobytu w Korei, Koreanki przejęły inicjatywę i ciągnęły mnie ze sobą na szczyt wzgórza. Nie wiedziałam czy w ofierze. Co krok rzucały kamyczkami i fasolkami po skałach. Wspinaczka wydawała się nie mieć końca. Co chwila ukazywała się nam nowa skała. Sandałki trzeszczały w szwach. Zaczęłam spisywać testament. W końcu gdy dotarłyśmy na górę, okazało się, że tam kobiety modlą się o płodność. Czy moje jajniki posłuchały?

Większość zabytków jest zrekonstruowana. Prawie nic nie przeżyło japońskich inwazji. Na każdym zabytku jest wprost napisane, że to Japończycy zniszczyli/spalili/rozkradli. Inne budynki buduje się na krótko, bo przez zmienny klimat szybciej się zużywają. Czasem 15 letni budynek jest już równany z ziemią. Na jego miejscu często buduje się identyczny.

Korea to mały kraj. Każdy kawałek ziemi jest zagospodarowany. Pola uprawne, szklarnie, zabudowania. Nie ma pustego miejsca bez przeznaczenia.

W przeciętnym sklepie z ciuchami nie ma rozmiarów europejskich. Spodnie mogę sobie założyć na rękę. Jestem duża. Pewnie koreańskie XXXL. W kosmetycznych królują kremy wybielające. Jest też sporo produktów dla transformersów. Marzysz o duuużych ustach? Jest krem i przyrząd do robienia dziubka. Chcesz mieć dużą ruchomą powiekę? Mamy plastry na to! Są kremy na każdą część twarzy i z każdego warzywa bądź glona. Większość produktów ma dość dziecinne opakowania. Ma być słodko. Nawet plastry na wągry są z buzią niemowlaka na opakowaniu.

W każdym dużym mieście są centra rozrywki. Tam oprócz masy sklepów i knajp są kina, salony gier i jednoosobowe sale karaoke. Są też budki gdzie można nagrać swoją płytę. Podsłuchani Koreańczycy powinni spalić swoje płyty, bo jak za tysiąc lat nowe cywilizacje je odkryją to będzie dramat. Ja w ramach walki z nudą miejską poszłam na „Mission Impossible 4”. Tom Cruise jak zwykle uratował świat świetnie biegając. Ubawiłam się po pachy, a Koreańczycy reagowali na film martwą ciszą.

Ogólnie jest czysto. Śmieci na ulicach brak, choć same chodniki potrafią być uświnione.

W każdym dużym mieście są hotele miłości. Goście są anonimowi. Wjeżdża się do podziemnego parkingu, płaci się przez szczelinę w okienku kasowym. Nie ma kontaktu wzrokowego z recepcjonistą. Wewnątrz puchata poduszki, kotki, wanna, okrągłe łóżka. Relacja poznanej Amerykanki. Niestety nie moja…

Żeby doświadczyć ciszy trzeba być w górach albo gdzieś gdzie nie ma drzew. Nie chodzi o Koreańczyków, którzy też nieźle potrafią się drzeć, ale o cykady. Czasem na ulicy zagłuszają samochody. Nawet teraz siedząc na czwartym piętrze w bloku słyszę je choć dziecko Marka gra w Fifa obok, słuchając muzyki.

Toalety są na każdym kroku. Od kucanych po europejskie z panelem potrzeb: od podmywania, przez suszenie pupencji, po wzywanie pomocy. Parę razy miałam problem zanim pożegnałam to z czym weszłam do kibelka. Czasem są zestawy dla matki i dziecka. Duży tron i tronik obok w jednej kabinie.

Pogoda w lecie jest tylko dla miłośników sauny. Jest parno i gorąco co sprawia, że cały czas ma się spoconą facjatę i z łazienki wychodzi się praktycznie mokrym od potu.

JEDZENIE

Restauracje, bary, kawiarnie są na każdym kroku. Jedzenie jest pyszne choć przeważnie smażone. Ryby, owoce morza, najczęściej smażone kalmary. Mało świeżego. Do każdego posiłku dają kimczi czyli pikantną piklowaną kapustę. Nie ma praktycznie jedno-talerzowych dań. Dostaje się kilka miseczek z warzywami, orzeszkami, glonami i ryżem. Ciasta w kawiarniach są bajeczne, smaczne i bardzo chemiczne. Jedyny problem jest z menu. Jeśli było tylko po koreańsku, to albo strzelałam i brałam cokolwiek, albo pokazywałam obrazek zupy, albo … pantomima. W restauracjach siedzi się po turecku. W kawiarni koło świątyni były polskie Tofinki. Próbowałam radośnie wytłumaczyć obsłudze, że to z mej ojczyzny. Bez odbioru…

Młodzi równie chętnie jedzą w McDonaldzie jak i barze za rogiem gdzie można zjeść pyszną zupę z kluskami.

SEUL

W Seulu byłam dwa razy. Na początku podróży i na końcu. Lubię to miasto. Nie brak w nim niczego. Na każdym kroku są kontrasty. Historia i nowoczesność.

Przez cały pobyt w Seulu mieszkałam u Anglika, który mieszka w Korei od dwudziestu lat i chyba prowadzi zajezdnię couchsurferowców. W najgorętszym momencie mieszkało u niego osiem osób plus dwójka adoptowanych dzieci. Najdłużej została Rosjanka, która studiuje koreański. Mieszkała przez miesiąc, bezczelnie wykorzystując pomoc Marka. Nie pożegnała się, nie dała nawet kwiatka, nie posprzątała po sobie. Była jeszcze Angielka, która była w rocznej podroży dookoła świata. Polka, która wracała z roku studiów w Chinach do Polski. Anglik i Niemiec, którzy razem pracowali w hostelu w Korei, ale tempo pracy ich zabiło więc uciekli. To oni byli źródłem najśmieszniejszych opowieści o randkach z Koreankami. Były jeszcze dwie Austriaczki, ale nie miałyśmy możliwości pogadać.

Mark bardzo dba o swoich gości. Każdemu wysyła foto-wskazówki jak dotrzeć do jego domu z lotniska w Seulu. Pozwala korzystać ze wszystkiego w domu i zjadać własne zapasy jedzenia. Mało kto odwdzięcza się mu odkupując to co zjadł czy gotując coś od siebie. Jestem najstarszym gościem i zadziwia mnie roszczeniowo-wyluzowane podejście młodych do rzeczywistości. Spokojnie wyjadają nie swoje jedzenie, nie oferują pomocy przy sprzątaniu. Głupio mi było. Przy wyjeździe odkupiłam zapas jajek, chleba, sera, tort i wysprzątałam łazienkę. Choć tyle mogłam zrobić po kilku dniach pobytu.

Przyjechałam po południu. Dostałam kod do zamka elektronicznego mieszkania. Byłam sama. Po jakimś czasie przyjechała Maja, Rosjanka i z pracy wrócił Mark z synem. Mark ma w Seulu szkołę języka angielskiego. Ma też największą kolekcję Lego jaką widziałam. Zjedliśmy coś, pogadaliśmy  i poszliśmy spać. Kolejnego dnia rano, razem z Mają pojechałam na miasto.

Transport w Seulu to głównie metro. Olbrzymia sieć linii. Na przystanek pojechałyśmy autobusem, a potem jedną linią do centrum. Podróż trwała prawię godzinę! To dużo mówi o wielkości Seulu.

_dsc0627

Seul jest bardzo wygodnym miastem do poruszania się. Kupuje się jedną kartę, która można doładować wszędzie: w kiosku, na dworcu w Internecie i nią płaci się za metro, autobus i nawet zakupy w sklepie. Pełno jest kawiarenek, restauracji, ale też rynków gdzie stojąc w błotku można zjeść pyszne jedzonko. W kawiarniach po zamówieniu dostaje się krążek, który wibruje kiedy zamówienie jest gotowe. Tak aby kasjerka nie krzyczała PIEROGI Z KIMCZI RAAAAAZ!!!

Więc przez pierwsze dni się szwendałam po świątyniach i pałacach. Pałace Seulu są wspaniałym sposobem na odpoczynek od hałasu i tłumów. Stoją między wieżowcami i blokami. Pomiędzy kompleksem budynków pałacowych przechadzają się nowocześnie ubrani młodzi ludzie, rodziny z dziećmi i ubrane w  tradycyjne stroje młode Koreanki. Feeria kontrastów!

Bardzo ciekawe są ceremonie zmiany warty przed pałacami. Muzyka, parady i pokazy sztuk walk. Przepiękne stroje, skomplikowane układy choreograficzne i zerowa mimika aktorów robią wrażenie.

Oprócz świątyń i pałaców warto zobaczyć targi, a zwłaszcza rybny gdzie można zjeść wszystko. Żywą ośmiornicę też. Stwora wybiera się na dole, a u góry są knajpy gdzie mogą nam go przyrządzić. Jeśli ktoś nie chce owoców morza, zawsze można kupić klapki lub cukierki na innych miejskich straganach. Tam też można dobrze zjeść.

W centrum miasta, pomiędzy ruchliwymi ulicami jest kanał Cheonggyecheon, wzdłuż którego można się przechadzać lub usiąść na brzegu, by odpocząć od hałasu.

Warto też odwiedzić wioskę Bukchon w samym centrum miasta i zobaczyć tradycyjne zabudowania stolicy klucząc wąskimi uliczkami.

Pełno jest nowoczesnych dzielnic ze sklepami, ale unikałam ich. Nie interesowały mnie zakupy. Za to nocne życie owszem. Mark wielokrotnie zabierał nas na obchód knajp gdzie tradycyjnie so-ju lało się strumieniami. Najbardziej podobała mi się knajpa, gdzie barman, prócz podawania drinków, puszczał z płyt winylowych ulubione utwory klientów.

Kilka dni w Seulu wystarczy, by poczuć atmosferę tego miasta. Świątynie, klasztory, biurowce, muzea, galerie, knajpy, parki. Jest tu wszystko.

Jedna myśl na temat “Jeśtem takia ślotka w Seulu (Korea Południowa cz. 1)

  • 14 listopada 2019 o 21:08
    Permalink

    Popłakałam się ze śmiechu. Świetnie napisane.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *