Latacunga-jak zjeść Cotopaxi (Ekwador cz. 4)

Buenos z Providencji,

Na ulicach piękne okazy potomków piratów. Niebieskoocy, śniadzi, umięśnieni, uśmiechnięci, wyluzowani. Pod wodą kolorowe rybki, rekiny, rafy…a na ulicy na swoich skuterach…..aż nie można się skupić.

Po wczorajszych ulewach nie ma śladu. Dziś od rana słońce. O 8 pojechałam moto-taxi na drugą stronę wyspy gdzie są biura szkół nurkowania. Moto-taksówkarzem jest każdy kto ma motor. Chętny musi tylko stanąć przy drodze i machnąć. Krótkie negocjacje dokąd i za ile i Vamos! Nie każdy bierze pieniądze! Czasem na moje „za ile” zobaczyłam tylko gest AveCezar i tyle. Wyspę otacza droga, którą kiedyś tam, zakładając, że wyruszy się we właściwym kierunku, dojedzie się tam gdzie trzeba.  Pojechałam więc na umówione nury i przypadkiem spełniłam kolejne marzenie. Rekiny. Dobra, ale o wyspach będzie potem.

Teraz wrócę do Latacungi w Ekwadorze. W Puerto Lopez wydawało mi się to proste. Patrząc na mapę widziałam prostą drogę, która prowadzi do tego miasta koło wulkanu Cotopaxi. Dojazd nie mógł być trudny. Najpierw pojechałam do Portoviejo, które jest nieopodal Puerto Lopez. Stamtąd odchodzą autobusy w każdym kierunku. Idę do rady kierowców obradującej przy kasie. Dziwię się, że jeszcze nikt nie ciągnie mnie albo do swojego autobusu, albo do kasy wołając Latacunga. Okazuje się, że jeżdżą autobusy w każdym kierunku, ale nie do Latacungi. No to co mam robić?-pytam. Quito-Latacunga-pada odpowiedź. Załamałam się. Mam znowu wrócić do tego miasta, nadrobić drogi i jeszcze może na miejscu przedzierać się z jednego dworca na drugi. Bez sensu!!! Chwilę protestuję i pokazuję chłopakom na mapie, że to jest bez sensu i na pewno mnie nie rozumieją. Może źle wymawiam nazwę. To nie może być prawda. Chodzę jeszcze po dworcu jak nawiedzona i pytam innych o dojazd do Latacungi, ale nie. Quito-Latacunga. Obrażona na cały świat wsiadam do autobusu do stolicy i cały czas coś tam kombinuję na mapie. Pomagier kierowcy puszcza przepiękny film dla rodzin z dziećmi. Kolejna chińska produkcja jak zabić kogoś gołymi rękoma, jak zmiażdżyć gardło, złamać kręgosłup, policzyć komuś zęby. „Perfecto para nińos”-wykrzykuję do pomagiera pokazując na ekran. Mi się chce wymiotować, a dzieci zaniemówiły. Pomagier nie chwyta mojej aluzji. W przerwie na kurczaka dla kierowcy idę do niego i dalej mu marudzę na miską. Proszę by mi paluszkiem pokazał jak będzie jechał. Może po drodze będzie inne miasto gdzie się przesiądę na autobus do mitycznej krainy bez dojazdu. Kierowca kiwa głową, coś tam mówi do miski. Nie rozumiem. Idę dalej strzelać focha.

Jedziemy, jedziemy. Liczę godziny do Quito plus przedostanie się tam na inny terminal, kolejne dwie godziny do Latacungi. Przed nocą powinnam zdążyć. Nagle po paru godzinach zatrzymujemy się nigdzie. Jest las, pole i wzgórze. Wysiada babcia. Myślę sobie gdzie ta kobieta mieszka? Na drzewie? Babcia i kierowca wołają mnie przez okno. Wysiadam i kierowca daje mi mój plecak i macha ręką pokazując za wzgórze. No pięknie! Latacunga piechotą-dwa dni. Autobus odjeżdża. Ja z głupią miną stoję przy drodze. Babcia pokazuje mi, że mam iść z nią. Najpierw przejście na drugą stronę drogi. Ekscytujący zygzak między tirem a busem. Przechodzimy przez pole, dochodzimy do wzgórza, a tam na szczycie stoi facet i krzyczy i macha do nas. Wyodrębniam słowo Latacunga. Nie wiem o co jeszcze chodzi, ale zaczynam ścigać babcię. Facet krzyczy i krzyczy. Z plecakiem, torbą i poduszką-zagłówkiem nadal na moich ramionach gnam w miejscu. Gnam i gnam. Facet dobiega do mnie. Zrywa ze mnie plecak, chwyta go w ramiona i jak z piórkiem biegnie pod górkę. Mój bohater. Gonię go. Dobiegamy na szczyt, a tam….stoi autobus i jest piękna, kilkupasmowa autostrada. Panamericana? Wsiadam i pytam sto razy czy to oby do Latacungi. Tak, i to w 45 minut! Nie wiem jakim cudem nastąpiła tak cudowna synchronizacja. Na miejscu jestem na obiadek.

W Latacundze waham się przed wejściem do hostelu. Recepcja wygląda na za przyzwoitą. Nawet elegancką. Okazuje się, że to tam mam rezerwację. Upewniam się jeszcze czy oby za 10$. Okazuje się, że tak. Okazuje się też, że jak na Titanicu, pod pokładem śpi proletariat. Mam zamówione łóżko w wieloosobowej sali, ale znowu dostaję jedynkę. Nie mam okna i łazienki, ale mam pięć koców.

_DSC0321

Moimi sąsiadami są Japończycy i dwaj Szwajcarzy. Japończycy kolejnego dnia wyjeżdżają, a Szwajcarzy idą na wyprawę, która mnie nie interesuje. Zatem idę szukać innych chętnych na wulkan Cotopaxi. Okazuje się, że za rogiem jest biuro. Sama na taką wyprawę nie pójdę więc pytam czy jest szansa. Okazuje się, że akurat brakuje im jednej osoby do kompletu. Przesympatyczny właściciel najpierw uzupełnia moje braki w garderobie. Dostaję czapko-szalik, polar, rękawiczki i buty trekkingowe.

Moje buty zostały w Quito. Po ośmiu latach popękała w nich podeszwa i bardziej działały jako buto-ssawki. Nie chciałam wyrzucać ich na śmietnik. Poszłam na miasto pytać o dojazd na lotnisko i zostawiłam je na moment przed schroniskiem. Kiedy wychodziłam już przymierzał je jakiś pan. Wybaczył im, że mają pęknięte podeszwy. Moja pocięta torba też go zaciekawiła. Wymigałam historię. Obiecał zemścić się na kieszonkowcu-rozpruwaczu. Okrasił swoją obietnicę paroma przekleństwami, które często słyszałam na rozgrywkach bilardowych za oknem w pokoju. Coś o matce…

Nazajutrz rano budzi mnie Ramstein. Idę do łazienki. Szwajcarzy się kąpią przy muzyce z komórki. Jesteśmy w piwnicy więc dźwięk niesie się wszędzie. Do łazienki wchodzi Japonka i pyta się mnie czy ich znam i czy wiem, że to nieładne zachowanie. Nie wiem co jest gorsze znać Szwajcara czy słuchać rano Ramstein, więc odpowiadam na wszystko NO. Jeden z Szwajcarów opowiada mi o swojej wycieczce do Polski. Widział: Szczecin Główny, Łebę i Kraków. Szczecin Główny był ok. W Łebie byli sami Polacy. Kraków nie, bo taki niepolski. Czysty, z zabytkami i wszyscy mówili po angielsku. Nie tłumaczę mu, że Szczecin to miasto, a Główny to dworzec. Niech chłop ma swoje wspomnienia. Zastanawiam się czy przytoczyć swoje wrażenia z Szwajcarii, ale tylko go pytam czy prawdziwa Szwajcaria to krowa na pastwisku, pan w białych skarpetach dmący w róg i gospodarka bez moralności obracająca każdą brudną kasą świata? Chłopiec popada w zadumę i mówi, że nie wie.

Idę do biura. Właściciel ostrzegał mnie, że nawet Polakom jest zimno pod Cotopaxi. Mam na sobie legginsy, „piżamę”, koszulkę, bluzkę, polar. Jestem duuuża. Trochę kpię z tej czapki i rękawiczek, ale żeby pana nie urazić chowam je w torbie. Oprócz mnie w trekkingu weźmie jeszcze udział Amerykanka, Niemiec, dwóch Holendrów. Amerykanka, podróżuje po Ameryce Południowej i pomaga w różnych instytucjach. Schroniskach, kościołach i szkołach. W kościele w Bogocie ukradli jej telefon, więc mamy moment na wielkie żale. Jeden z Holendrów skończył 45 lat, rzucił pracę i na rok wyjechał dokądkolwiek. Historii drugiego Holendra nie znam. Miał soroche, ale i tak świetnie sobie dawał radę. Niemiec próbował wykurzyć mnie z miejsca z przodu auta więc powiem tylko, że się nie dałam. Nie będzie Niemiec kazał mi jechać w bagażniku!

Naszym przewodnikiem jest miejscowy, który pracuje głównie z turystami mieszkającymi w lepszych hotelach, jak to określił. Dla zachowania dobrego smaku i żeby pana nie wyprowadzać z błędu nie powiedziałam gdzie mieszkam.

Przewodnik tłumaczy, że mamy szczęście, że w ogóle możemy iść do schroniska. Cotopaxi przemówił we wrześniu zmiatając całą okolicę. Schronisko zostało odbudowane i dopiero od kilkunastu dni można do niego się wspinać. Na sam wulkan na razie nie. Sam Cotopaxi ma 5897 metrów, schronisko znajduje się na wysokości 4800, a granica wiecznego śniegu jest na wysokości 4750 metrów. W latach siedemdziesiątych Polak i Czechosłowak zeszli na dół krateru, co nasz przewodnik uważa za osiągnięcie podobne do wyprawy na księżyc.

Przed nami było zadanie na pozór banalne. Przejechaliśmy spory kawałek parku i zaparkowaliśmy tuż pod wulkanem. Dookoła ogromne przestrzenie, a przed nami idealny stożek wulkanu. Co chwila jest prawie niewidoczny, mrugając do nas przez małe okienka między chmurami. Czasem wydaje się, że w ogóle go nie ma.

Na parkingu zaczyna się proste zadanie. Wejść z wysokości 4600m do schroniska. Banał? Niestety nie. Jak dowiedziałam się, że tak niewielką wysokość będziemy pokonywać od godziny do dwóch, to nie chciało mi się w to wierzyć. Jak wysiadłam z samochodu to zrozumiałam. Nie ma powietrza. Sama siarka. Do schroniska prowadzą dwie trasy. Zygzak i prosta droga pod dość ostrym kątem. Idziemy zygzakiem. Przewodnik upomina nas. POWOLI!!! Tu należy zapomnieć o swoich przyzwyczajeniach i temperamencie. Idzie się bardzo powoli. Mi na początku wysiadały nerwy. Nie umiem iść jak ślimak. Po paru krokach złapałam zadyszkę. Dziwne. Nic nie boli, a już nie chce się iść. Serce bije, tchu brak. Idę i układam w głowie zdanie: „nie, dziękuję, nie idę dalej, ratujcie się, zostawcie mnie tutaj”. Naprawdę mam dosyć. Mogłabym w każdej chwili się wrócić na parking. Zgubić się nie można. Co kilka kroków staję i sapię. Chcę wyrzucić aparat, wodę. Błogosławię rodzinę pana z biura po siódme pokolenie. Czapka i rękawiczki są cudowne. Zimno jak w zimie i wieje! W pewnym momencie dochodzę do innego przewodnika prowadzącego dwie babki. Łapię ich tempo. To nie wspinaczka, to medytacja. Taki totalny mindfulness. Patrzę do góry. Holender wyprzedza mnie o kilka zygzaków. Reszty grupy nie widzę. W końcu w respiracyjnych męczarniach dochodzę do schroniska. Zataczam się do baru, a tam radosny barman proponuje mi czekoladę lub herbatkę z liści koki. Pewnie stosuje jeszcze inne pochodne, że tak się cieszy. Biorę herbatkę i siadam na dworze w słońcu i stękam z innymi nad trudami życia na wakacjach. Odnajduję Amerykankę. Cieszymy się, że żyjemy. Nasz przewodnik proponuje nam byśmy zeszli prostą trasą na dół. No to stajemy i jedziemy. Żwir obsuwa się nam pod nogami i suniemy na dół. Ja zaliczam dwa przysiady z telemarkiem, Amerykanka jeden. Suniemy i suniemy i po chwili jesteśmy na dole. Patrzę, że wszyscy jesteśmy pomarańczowo-szarzy. Szczypię swoją piżamę i puszczam. Jestem siną chmurką. Chwilę bawimy się w otrzepywanie kiedy orientujemy się, że jeszcze więcej wulkanu mamy w paszczy. Zgrzytam zębami i czuję, że jem wulkan. Tak smakuje piekło. Jedziemy razem na zupę i po południu wracamy do miasta.

Ja wracam do schroniska, siedzę chwilę w pokoju gdy słyszę odgłosy walki. To Szwajcarzy biją się na niby w pokoju obok przy otwartych drzwiach. Gaszę im światło pytając czy woleliby być sami. Wieczorem spotykamy się w recepcji, bo tylko tam jest wifi i mamy normalniejszą rozmowę o wycieczkach po okolicy. Chłopaki są ogólnie spoko, a mój mega żarcik ze światłem bardzo im się spodobał.Oj…
Rano, jem śniadanko i jadę do Mindo. Przez Quito…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *