Chichén Itzá – skarb Jukatanu (Meksyk cz. 10)

Zobaczenie prekolumbijskiego miasta Chichén Itzá zawsze było moim marzeniem. Będąc w Meridzie, mamy cały wachlarz możliwości jak tam dotrzeć. Nie chciałam jechać z wycieczką, by ciągnąć się w ogonie za innymi turystami. Chciałam mieć czas na powolny obchód, leżenie na trawie i by móc zostać tam ile chcę. Pojechałam tam busikiem z centrum. Po cudownej nocy spędzonej na przemian na podłodze i w hamaku marzyłam o tym, by położyć się na trawie przy piramidzie i wygrzać obolałe kości.

Chichén Itzá jest piękna. Zachowane zabytki sporo nam mówią o kunszcie architektonicznym, fantazji i wiedzy Majów z  IV-VI wieku. Są tu też pozostałości budowli tolteckich, głównie w północnej części miasta. Jak większość miejsc zamieszkałych przez Majów, Chichén Itzá przeżyła swój rozkwit, by w końcu w XV opustoszeć. Z pewnością przyczyniły się do tego rzezie jakie zaserwowali miejscowej ludności łaknący złota Europejczycy.

W okolicach Chichén Itzá znajduje się sporo cenot – naturalnych zbiorników wodnych w skałach. Świat Majów miał trzy poziomy istnień. Niebo, ziemię i świat podziemny. „Cenote” były wejściem do niego.  Majowie oddawali im cześć wrzucając do nich siebie nawzajem, dzieci i cenne przedmioty mające obłaskawić bogów. Dziś można je zwiedzać, a nawet nurkować w niektórych. Wyjątkiem są te bardziej święte w Chichén Itzá.

Miasto było kompletne. Było obserwatorium astronomiczne, boisko do gry w ullamaliztli, świątynie, pałace oraz budynki mieszkalne. W 2010 roku można było obchodzić cały kompleks. Jedynym utrapieniem byli sprzedawcy koralików, miseczek i dzbanków. Ci potrafią tak długo chodzić za człowiekiem, aż człowiek ulegnie lub wybuchnie. Największym błędem jest złapanie z nimi kontaktu wzrokowego przy wejściu. Potem atakują znienacka. W najmniej oczekiwanej chwili chrząkają, pomrukują za plecami gapiącego się na piramidę człowieka. Następnie podtykają obrus pod sam nos i zachwalają jego sploty. Trudno o ciszę i nastrój tajemnicy jak w Tikal.

Dla Majów symbolika kosmosu, wszechświata i astronomia był częścią codziennego życia, sportu i budowli, którymi się otaczali. Schodkowe piramidy są idealnym tego przykładem. Schody skierowane na cztery strony świata, łącznie 364 stopnie plus jeden przy wejściu do świątyni. Obserwatorium astronomiczne ma spiralną klatkę schodową, na której promieniście ułożone są okna. Nie wiadomo na sto procent czy to z nich prowadzono obserwacje nieba.

Boisko do gry w ullamaliztli jest otoczone murem i ma dość spore rozmiary, bo aż 150 metrów długości. W mitologii Majów boisko oznaczało wszechświat, a piłka to słońce lub księżyc. Gra symbolizowała los, codzienną walkę o przetrwanie. Do dzisiaj zachowały się najważniejsze elementy konstrukcji. Fuszerka to nie była. Grano twardą piłką, zrobioną z soku mlecznego z drzewa chicle. Chłopaki chyba mieli ciała ze stali, albo wysoki próg bólu. Odbijali piłkę udami lub biodrami, by wcelować w kamienny pierścień na murze. Pamiętając o dużym upodobaniu Majów do składania ofiar, archeologowie uważają, że stawką w grze było życie zawodników lub jakieś wysokie stanowisko w królestwie. Piłka mogła spaść na ziemię tylko raz.

Na miejsce najlepiej przyjechać o poranku. Ominą nas tłumy. Kompleks jest spory i każda budowla ma ciekawe detale w postaci rzeźb czy dekoracji ścian. Mamy tu czaszki, pierzaste węże, postaci wojowników, grę w kółko i krzyżyk. A czasem wygrzewającą się, żywą iguanę.

Po kilku godzinach wróciłam do Meridy do mojego hamaka. Kolejnego dnia ruszyłam do Campeche z przystankiem w Uxmal- kolejnym majańskim mieście.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.