Yosemite: stopem do sekwoi (USA cz. 3)

Wieczorem w San Francisco poszłam z polsko-amerykańską paczką Tomka-mojego gospodarza na imprezę. To nie były czasy smartfonów, więc prócz kilku dolarów nie mieliśmy nic ze sobą. (W 2010 ludzie jeszcze ze sobą rozmawiali i nie robili zdjęć w toalecie. 🙂 ) Ja się nawet tak wyluzowałam, że nie zabrałam żadnego dowodu tożsamości. W Stanach sprawdza się wszystkich na wejściu do klubu i dlatego też musieliśmy nadrabiać gadką i moimi zmarszczkami żeby udowodnić panu bramkarzowi, że mam więcej niż 21 lat. Na szczęście jeden bramkarz był Polakiem i wykazał się sporą wyrozumiałością wobec mojego gapiostwa. Weszłam.

Klub jak każdy inny. Duża sala taneczna, bar. Zabawa była przednia, a towarzystwo wyśmienite. Wiekszość czasu spędziliśmy na gadaniu. Już wcześniej gdy mieliśmy imprezę w ogrodzie przekonałam się, że stereotyp przeciętnego Amerykanina w Polsce jest po prostu głupi. Karmi się nas opowieściami, jak to oni niby nic nie wiedzą, jakie mają wąskie horyzonty, bla bla. Tymczasem towarzystwo, które poznałam było totalnym zaprzeczeniem mojej dotychczasowej wizji Amerykanów. Jeden facet z naszej paczki, trochę ładniejszy od diabła, był chodzącą skarbnicą wiedzy. Religie przed Chrystusem, budowa piramid, parki narodowe, literatura rosyjska, konstrukcja budynku, skład maskary. Wybierz temat. A na zabawie tańczył jak szalony. I to jeszcze składnie i powabnie.

Bawiliśmy się kilka godzin gdy nagle ktoś zauważył, że w przeciągu kilkunastu minut zniknęło kilkadziesiąt osób. W końcu się dowiedzieliśmy, że był jakiś wypadek samolotu z polskimi politykami. Nie wiedząc jeszcze nic, wróciliśmy do domu. Dopiero tam z polskiego Internetu poznaliśmy tragiczną prawdę.

W San Francisco zostałam jeszcze jeden dzień i kolejnego dnia rano spakowałam swój plecak i ruszyłam dalej. Tomek pożyczył mi przewodniki po Meksyku i Gwatemali. Dał kilka wskazówek i pobłogosławił przed podróżą. Kasia-kumpela ze studiów odebrała mnie z ulicy i zawiozła do siebie. Wcześniej zapewniałam ją, że sama dotrę na jej osiedle w miejscowości niedaleko San Francisco. W drodze zrozumiałam. To niemożliwe. Może na peryferie miasteczka jakoś bym dojechała. Potem, na pewno, zatrzymałaby mnie policja. Za włóczęgostwo. Na rogatkach osiedla są strażnicy, którzy skrupulatnie sprawdzają jakie samochody przejeżdżają przez bramki wjazdowe. Wychuchane domki, trawniczki jak z amerykańskich filmów. Amerykańska idylla. Dookoła zielone wzgórza, na których podobno są szlaki dzikich tarantul. Dla mnie bomba. Czas u Kasi spędziłam na błogim relaksie, ploteczkach i zabawach z córcią-Klaudią.

Po naładowaniu towarzyskich akumulatorów, przyszedł czas na dalszą przygodę. Następnym przystankiem miał być Park Yosemite. W Stanach zwiedzanie bez samochodu oznacza kombinowanie. Okazało się, że dojazd do parku jest możliwy, ale z kilkoma przesiadkami. Do parku najlepiej dojechać z Merced. Najpierw jednak musiałam dojechać do Salinas. Mąż Kasi jednak miał lepszy pomysł. Otóż jeśli pojedziemy razem jego samochodem o 4 rano, będziemy mogli skorzystać z pasa dla samochodów z większą liczbą pasażerów. I w ten oto sposób, on szybciej będzie w pracy, ominiemy zakorkowane pasy dla samochodów z jednym pasażerem wewnątrz,a ja nie będę musiała się przesiadać. Porządek rzeczy kłóci się z moją polską naturą. Trudno mi uwierzyć, że nikt nie oszukuje i nie jedzie sam pasem dla samochodów z kilkoma osobami. Okazuje się, że byli już sprytni śmiałkowie, którzy podróżowali z lalkami wewnątrz. Nie skończyło się to dla nich małym mandatem, więc zwyczaj wymarł-opowiada Len. I tak zamiast jechać z przesiadkami dojechałam ekspresowo do Merced. Miałam sporo czasu żeby znaleźć najlepsze rozwiązanie jak dotrzeć do parku. Na dworcu przemiły starszy pan, pracujący jako wolontariusz, udzielał rad turystom jak dojechać do parku i co w nim zobaczyć. Dziadek wzruszył się moją sytuacją. Taka sama, taka bez samochodu, taka spragniona sekwoi. Pan sprzedał mi bilecik na autobus i dał kilka rad, co mogę jeszcze zobaczyć w Merced przed wyjazdem do parku. Poszłam na spacer.

Do tamtej pory San Francisco było jedynym miastem jakie widziałam. Pełne ludzi, przechodniów, samochodów, turystów, gwaru, słońca. Merced okazało się planem filmowym apokaliptycznej wizji świata tuż po wymarciu wszystkich mieszkańców. Pustka, cisza i zboczeńcy. Hasła reklamowe tego miasta.

Ten klimat mnie trochę zachwycił. Puste miasto w biały dzień. Dreszcze. Łaziłam i łaziłam. Czasem z daleka przemknął jakiś homo sapiens i po chwili szybko schował się w samochodzie. Nikogo. Chodziłam, gadałam do siebie, robiłam fotki instrukcji przejścia przez ulicę. Zajmujące.

Jak za długo stałam przy ulicy, to po chwili przejechała koło mnie policja i przez okienko spytali czy wszystko u mnie „Fine”. Kiwałam łbem. Oni patrzyli i powoli przejeżdżali koło mnie. Dalej postałam. Popatrzyłam sobie jak nic się nie dzieje i jak tu pusto. Co chwila ulicą przeszedł jakiś typ ze spodniami wiszącymi do ziemi. Pocerowane gacie na wierzchu, tatuaże, kolczyki i telefon przy uchu. Takie plemię uliczne. Gdy przejechał koło mnie pan oferujący mi niezapomnianą przejażdżkę podczas, której mam wyświadczyć mu miłosne usługi, uciekłam do knajpy. Po posiłku wyszłam. Stwierdziłam, że jednak pójdę na dworzec pogadać z dziadkiem. Idę sobie, idę i nagle słyszę jak ktoś mnie woła. Kobiecy głos. Dwie babki. Zatrzymuję się, te podbiegają i mówią: „Hej, widziałyśmy Ciebie godzinę temu jak szłaś koło blabla?” Nie zajarzyłam. „No szłam, bo szłam, sobie szłam, bo jestem tu, to sobie chodzę i oglądam Wasze miasto.” „Czemu?”-pytają z szeroko szeroko otwartymi oczami. „Bo chciałam je zobaczyć, bo zaraz jadę autobusem dalej, zwiedzam Stany, no …yyy…rozumiecie?” „Aaaaaaaaaaaaaaa” Myślę, że nadal wnukom opowiadają o tym, że sobie szłam i szłam.

Usiadłam sobie na ławeczce dworcowej i czekam. Dosiada się do mnie dziwny kolo. A obok ustawia się ekipa zezowatego Jima. Kolesie jak z filmu. Zakładam okulary słoneczne, bo luibie sie patrzeć na takie typy. Nie wiem na kogo bardziej patrzeć. Mój ławeczkowy towarzysz nawiązuje ze mną znajomość. Dla przełamania lodów pokazuje mi zdjęcia w komórce. Ludzie przecinani na pół, ludzie z obciętymi głowami. Słodko! Cóż, każdy ma w telefonie ulubione kadry. Na szczęście, nie jest to jego album rodzinny, a zdjęcia fotografii z książek. Pan mi opowiada, że to Muzułmanie mordują Hindusów. A on jest Sikhem. I będzie wojował o prawdę. Potakuję i rozważam czy pokazać mu swoje fotki kwiatków, muszelek, kota i chmurek w moim babuszkofonie z ekranikiem dwa centymetry na dwa. Czy przeżyłby taką dawkę delikatności? Z niezręcznej sytuacji ratuje nas jakiś menel. Dostaje ataku szajby i wrzeszczy do innego, że ma mu ssać to i owo. Prośbę serio odbiera grubas. Podrywa się i brzuchem wielkim jak beczka zaczyna trykać bebechem szajbusa. Chwilę patrzą sobie w oczy, dotykając się brzuszkami. Zaraz zacznie się boks. W lewym narożniku człowiek beczka, który zabija przeciwnika, siadając na nim. W prawym człowiek Świr. Koło nas siada dziewczyna beczki i zaczyna płakać. Myślę o swoim autobusie i jak tu się ewakuować do dziadka. Mówię do dziewczyny, żeby powiedziała swojemu chłopakowi, żeby nie gadał z świrniętym, bo ten przed chwilą kłócił się ze znakiem drogowym. Dziewczyna mówi: „Mój chłopak jest weteranem, zabijanie ma we krwi, lubi zabijać, tylko taka szkoda, że straci przywileje jak go zabije”. Nie zdążył. Przyjechała policja.

Z ulgą wsiadłam do autobusu. Droga do Midpines -miejscowości tuż przy samym Parku Yosemite zajmuje lekko ponad godzinę. Za oknem przepiękna przyroda, strumyczki, góry, lasy. Wreszcie relaks.

Do Midpines dojeżdżam bez przygód. Z samego Mipines do serca parku można dostać się autobusem, który objeżdża cały park, dowożąc turystów pod najciekawsze miejsca. Niestety na miejscu okazało się, że tego dnia już żaden autobus nie przyjedzie. Musiałam zostać na jedną noc w schronisku. Kompleks domków, wspólna kuchnia, knajpa, pokój zabaw, centrum masażu i spa. Czysto, tanio i wygodnie. Spałam jak dziecko.

Rano na śniadaniu rozglądam się po sali i słyszę …. czeski. Podchodzę do starszej pary. Chwilę rozmawiamy i okazuje się, że małżeństwo właśnie jedzie do samego parku i chętnie mnie zawiozą. Mają wynajęty samochód! Ahoj przygodo.

W parku spotykam się ze swoją gospodynią z couchsurfing -Holly. Pracuje tu jako kelnerka i mieszka w domku na osiedlu pracowniczym. Przestrzeń dzielimy z dwoma szczurami, ale mam swoje łóżko, więc jest super.

Zostawiam bambetle i idę na trekking po parku. Kwiecień jest dobrym miesiącem na wędrówki po niższych partiach Yosemite. Wodospady wypluwają wodę, gdzieniegdzie widać ośnieżone szczyty. Pogoda jest przyjemna. Niestety dla Amerykanów, to jeszcze środek zimy i nie wszystkie szlaki są otwarte. Autobus, który rozwozi turystów po pętli wokół parku nie dojeżdża do kilku miejsc ze względu na … zaspy śnieżne. W tym, niestety, nie jedzie do Mariposa Groove. Dla mnie jest to najważniejsze miejsce. Tam są sekwoje. Będę musiała wykombinować jak się tam dostać. Tymczasem idę do informacji turystycznej popytać o co się da. Tam dostaję mapkę z trasą autobusu. Sprawa jest banalna. Pod każdy punkt na mapie dowozi nas autobus. Znaki informują nas ile stamtąd trwa wędrówka, jak długo idzie się pod górę, a ile w dół i czy to ciężkie jest. Banał i wygoda. Jadę na pierwszą wędrówkę. Cel – Mirror Lake czyli Jezioro Lustrzane. Jest pięknie, przyroda budzi się do życia po zimie. Ptaszki ćwierkają, wiewióreczki szukają gdzie skitrały orzeszki, wodospady huczą, strumyki szemrzą, a ludzie chodzą do parku w butach trekkingowych, klapkach i sandałach. Góry są piękne, przestrzeń wspaniała, a nasza Szklarka przy tutejszych wodospadach to strumyk spływający z głazu.

Wieczorem wraz z Holly i jej paczką rozmawiamy o życiu. Dowiaduję się, że nazwa Poland pochodzi od „polar bear” czyli niedźwiedzia polarnego. Uświadamiam towarzystwo, że chyba jednak nie jest tak. Posmutnieli. Opowiadają mi jak są szkoleni i tresowani do obsługi klientów w hotelach. Szkolą ich nawet jak się mają uśmiechać. Bedzie uśmiech, będzie napiwek. Paczka Holly to głównie dzieciaki po liceum i studenci. Towarzystwo jest z różnych stron USA, są też dziewczyny z Rosji i Meksyku. Meksykanki częstują mnie swoją sałatką i dają rady jak zwiedzać ich kraj. Dzień mija.

Kolejnego dnia na kartoniku piszę Mariposa Grove i idę na stopa. Plan jest prosty. Dojechać kilka kilometrów do sekwoi, które są praktycznie nad parkiem i wrócić. Stoję sobie przy drodze, stoję i nic. Samochody mnie mijają. Niektóre zwalniają. Pasażerowie robią mi zdjęcie i z piskiem opon odjeżdżają. Chyba nikt mnie tu nie rozumie. Zatrzymuje się facet na motorze i pokazuje za siebie. Podbiegam, podciągam nogawkę, podnoszę nogę, robię zamach i już prawie siedzę gdy ten mówi, żebym czekała. Nagle zatrzymuje się duży kamper. Wewnątrz starsze małżeństwo. Jestem uratowana! Wsiadam i właściwie mówię tylko to, że się cieszę i że mam szczęście, bo zraz dojedziemy do sekwoi. Oni też się cieszą. Właśnie tam jadą. Ich kolega na motorze ich prowadzi. Kamper- marzenie. Kuchnia, łazienka, sypialnia, salon i kilka telewizorów.

Siadam i zaczynam słuchać streszczenia opowieści o ich życiu. Od kołyski po prawie grób. Wiem już wszystko, a tu nadal jedziemy. Coś mi tu nie pasuje. Skromnie powtarzam nazwę miejsca, do którego jadę. Jednak to nie oni znają trasę. Wjeżdżamy na parking. Jesteśmy w …. Mariposa. Miejscowości Mariposa. Dżizasssssssssss

No, ale było fajnie, tylko, że straciłam kilka godzin. Chwilę rozmawiam z towarzystwem. Pan motocyklista-przewodnik przyznaje, że oooo tak mu się pomyliło. Mariposa Grove tam, tu Mariposa, eee tam. Park Sekwoi jest jeszcze dalej. A ja chciałam sekwoje nad parkiem. Ach tu sekwoje, tam sekwoje. Sorrrry! Takie tam, tego. No, cóż. Idę przejść się po parkingu, jem zupę w supermarkecie i wychodzę łapać stopa z powrotem. Tym razem jest gorzej. Łapię po kolei trzech facetów. Normalny, z pewnością klinicznie walnięty i poszukujący miłości. Przy każdym zakładam inną maską i gadam inne rzeczy. Przy świrze, co głównie gada o miłości do Busha, potakuję i mówię, że Bush to klawy kolo. Przy facecie, który mówi, że mieszka w przyczepie i szuka kobiety do sprzątania i kochania, uśmiecham się i mówię, że on zasługuje na to. Z ostatnim umawiam się na drinka, na którego nigdy nie pójdę. Chwilo zapas szczęścia wykorzystany, samotny stop w USA to chyba słabe rozwiązanie. Dojeżdżam do parku za późno, by znowu uderzać do sekwoi. Idę przejść się innymi trasami.

Wracam do miasta i przypadkiem trafiam na wernisaż w galerii przy ekskluzywnym hotelu. Wino, przekąski i mądre rozmowy. Okiem znawcy ocieniam, że albo jest to twórczość naiwna, albo dziecięca. Wszyscy są bardzo poważni i bardzo serio rozmawiają o tych obrazach. Czekamy w napięciu na artystkę. Wchodzi kobieta w moim wieku. Jestem rozczarowana. Obstawiałam czterolatkę albo kogoś malującego nogami. Jest jeszcze opcja, że jestem pijana, albo mam brudne okulary. Albo po prostu się nie znam. Widząc podniecenie innych, stwierdzam że jestem przemądrzałą, zgorzkniałą Polką bez misia polarnego. Przynajmniej się napiłam i najadłam.

Wracam do Holly i opowiadam jej swoją super przygodę. Holly jest kochana. Nazajutrz jest wolna i zgadza się pojechać ze mną do sekwoi.

Rano dołącza do nas jej kumpela i jedziemy. Po drodze są informacje o zaspach śnieżnych. Jestem gotowa na walkę o przetrwanie. Samochód musimy zostawić na parkingu i iść jakiś kilometr pod górkę. Asfaltem. czystym, z półmetrowym marginesem śniegu. W moim mózgu nie mieści się fakt, że nie pozwalają na to, by autobus tu wjeżdżał.

Dziewczyny sapią i stękają. Zostają odpocząć. Mnie napędza adrenalina. Wreszcie jesteśmy!

Od kiedy zobaczyłam sekwoje na zdjęciu w jakiejś książce, zawsze chciałam je zobaczyć. W Yosemite niektóre sekwoje maja prawie dwa tysiące lat. Drzewko o nazwie Grizzly ma nawet 2400! Z moich dziecięcych marzeń przywołałam zdjęcie sekwoi z wydrążonym tunelem. Znalazłam bidulkę!

Sekwoje są absolutnie magicznymi drzewami. Są piękne, majestatyczne i maja kudłatą korę. Takie drzewa maskotki.

Pożar w lesie dla nas i drzew jest tragedią. Końcem wszystkiego. Dla sekwoi jest to początek życia. Ogień powoduje, że szyszki (wielkości dużej śliwki) otwierają i nasiona spadają na ziemię. I potem nasionko niesione przez wiatr może zapoczątkować nowe drzewko. Sekwoje są odporne na ogień. Inne rośliny dookoła giną i obracają się w nawóz. Trochę samolubne te sekwoje!
I tak oto zostałam fanką sekwoi. Ja mam coś z tymi drzewami.
Spędzam jeszcze jedną noc u Holly i jadę na jeden dzień do Kasi obmyślić dokąd by tu dalej jechać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *