Dookoła San Cristobal: piramidy, kościoły i tajne rytuały (Meksyk cz. 6)

Moja pierwsza nasiadówka z Luisem i Brazylią była do przejścia. Godnie reprezentowałam Polskę i nawet dość wcześnie udało mi się elegancko ulotnić. Rano w salonie zastałam nową koleżankę, z którą zjadłam śniadanie i pobawiłam się w rysowanie w komputerze.

Przyznam, że wybór kolorów mojej amigi był typowo meksykański. I tak piesek był czerwony, miał fioletowy nos, żółte oczy. Dorastając w tak barwnej okolicy nie można nie mieć wyobraźni. Luis wstał chwilę po moim śniadaniu i od razu mi przypomniał, co miałam dziś zwiedzać. Wystawił mnie na ulicę i kazał łapać cokolwiek. No to łapałam. Owszem zatrzymywały się samochody, ale żaden nie miał miejsc. Może myśleli, że potrzebuję pomocy. W końcu zatrzymał się busik. W środku Indianki. Kruczoczarne warkocze, kolorowe spódnice, dzieci w chustach na plecach. Dziewczyny gadają o mnie i śmieją się. Próbujemy się porozumieć i po dwudziestu paru minutach jazdy w karuzeli śmiechu jestem w San Juan Chamula.

Luis radził: nie rób zdjęć, wejdź do kościoła i patrz, idź na cmentarz i spójrz na krzyże.

No to poszłam do kościoła San Juan Bautista. Czysta, biała fasada. Jedyną ozdobą jest brama. Kolorowa, pstrokata framuga nadaje wejściu meksykański klimat.

Wchodzę do środka i oczekuję znajomego widoku. Ławek, ołtarza, księdza, kropideł, krzyża. Tymczasem najpierw uderza mnie dym, półmrok, potem dźwięki. Jestem w trakcie szamańskiego rytuału. Wierni siedzą na ziemi. Nie ma ławek. Na podłodze stoją świece. Chowam się w róg kościoła i patrzę. To jest chwila, która zostałaby zrujnowana przez wycieczkę autokarową z aparatami. Czar by prysł, a modlący się ludzie uciekli. Cieszę się, że jestem sama. Staram się być niewidzialna. Ponownie jest świadkiem ceremonii oczyszczenia/uwolnienia od złych duchów. Szaman naciera nawiedzonego gałązkami, pociera kurzymi jajkami, w końcu składa kurę w ofierze. Jednym sprawnym ruchem dłoni, szaman przeprawia ją przez tęczowy most. Tym razem złe duchy dostały jeszcze coca colę i alkohol, które zostały szczodrze wylane na podłogę. Potem dowiaduję się, że to nie cola, tylko alkohol trzcinowy. Szaman modli się. Wydaje się, że wymawia tylko spółgłoski. „Akt ekt ykt.” To język Indian Tzotzil. Siadam na ziemi i patrzę kilkadziesiąt minut na ceremonię. Gdy milkną głosy i nikt już się nie modli, robię jedno zdjęcie z biodra. Zrobione podczas ceremonii odbiera modlącym się duszę.

To właściwie mógłby być już koniec dnia. Było to niezwykłe i magiczne. Wychodzę ochłonąć. Chodzę trochę dookoła kościoła. Mężczyźni noszą tu długie białe koszule z czarnym futrzanym bezrękawnikiem. Na głowach szerokie, słomkowe kapelusze. Staram się nawiązać z nimi kontakt wzrokowy, by poprosić o pozwolenie na zdjęcie. Bezskutecznie. Nagle widzę białasów. Zbliżam się do nich i ….RODACY!!!! Oto przede mną trzyosobowa wycieczka z przewodniczką. Idziemy razem napić się lemoniadki.

Chwilę pogadaliśmy i idę dalej. Tym razem na cmentarz. Wygląda jak cmentarz po wojnie. Prowizoryczne krzyże. Czasem jakieś malutkie mauzoleum. Krzyże różnią się kolorami. Białe to groby dzieci, niebieskie młodych, a czarne starszych ludzi.

Idę jeszcze wokół placu i kościoła. Dookoła pełno straganów. Po takich wrażeniach nie mam potrzeby kupna szalika. Rodacy oferują, że zabiorą mnie do San Cristobal swoim busikiem. Korzystam!

W San Cristobal włóczę się ponownie uliczkami. Wracam do domu wieczorem i o zgrozo. Przy stoliku Francuzka, Koreańczyk, Brazylia, Luis. W pokoju siwo od dymu, na stole przegląd alkoholi świata. Zaczynamy biesiadę. Głównie gada Koreańczyk. Francuzka mimo to, że mówi po angielsku, co chwila przełącza się na francuski i wygłasza w moim kierunku długie monologi. Po piątym „nie rozumiem Ciebie” zaczęłam potakiwać i mówić „Łi Łi”. Chyba jej to pomogło. Koreańczyk po kolejnym łyku, ofiarowanej przeze mnie Luisowi, żubrówki uderzył w rynnę. Zaczął opowieść pod tytułem: „Dzieciństwo spędzone w szkole cz.1”. Na początku słuchamy w ciszy i z powagą. „Jak się urodziłem, to bardzo wcześnie poszedłem do przedszkola, tam uczono nas alfabetu, a po przedszkolu chodziłem na jazdę konną, pianino, angielski. Potem była szkoła podstawowa. Wstawałem o 5 rano, by dojechać na zajęcia. Kończyłem po 18 i jechałem na pianino, angielski, jazdę konną i kursy matematyki, fizyki i chemii. W szkole średniej zostawałem w szkole do 20. Po szkole miałem kolejne kursy. Do domu wracałem po 22. Studia były podobne. Żadnych przyjemności. Tylko nauka i rywalizacja. Zacząłem pracę. Też do nocy. Po pracy szkolenia i szkolenia.” Moja babcia odpowiedziałaby na to: „ani życia, ani śmierci”, myślę sobie. Zaczynam pomału się śmiać. Pytam Koreańczyka czy zmarnował czas w samolocie, czy nauczył się latać. Koreańczyka oczy jeszcze bardziej zacisnęły się. Brazylia mówi: „Koniec chłopie, jesteś na wakacjach w Meksyku, wyluzuj, opowiedz, co widziałeś dzisiaj!”. Koreańczyk na to: „Nic, przyjechałem tu do szkoły hiszpańskiego!”. Zjechaliśmy pod stół. Nieborak chyba nie zrozumiał dlaczego się śmiejemy. Na szczęście w chwilach niewygodnej ciszy i głupiego brechtu jest …muzyka. Koreańczyk dosiadł się do komputera i zaczął wybierać hiszpańskie piosenki. Tańczymy. Ubaw po pachy. Przy kolejnej piosence wydaje mi się, że jestem już chyba odpowiednio wyluzowana, bo rozumiem wszystkie słowa. Chwilę mi zajęło, by zrozumieć, że to piosenka po polsku. Dałam w prezencie Luisowi płytę z kilkunastoma albumami z polską muzyką. Pech chciał, że była pod ręką.

A już myślałam, że mój hiszpański daje radę.

Poszliśmy jeszcze na nocny obchód knajp. W każdej grał zespół muzyczny, więc tańców nie było końca. Wróciliśmy około 4 i po ciemku wróciłam do pokoju. Padłam na materac. W pokoju obok pomału cichnie afterparty. Nagle słyszę głos: „Jezu, wreszcie skończyliście, jestem taki zmęczony!” I tak panie i panowie wreszcie poznaję tajemniczego chłopaka z Argentyny. Luis o nim mówił, ale nikt go nie widział. „Nie lubię imprez, zawsze wchodzę nocą oknem, jutro wyjeżdżam, miło Cię poznać, jestem z Argentyny.” Asertywność 1000+.

Rano Luis budzi mnie i mówi, że zaraz jadę na wycieczkę z jego kolegą. Prawie za darmo. Myję się szybko, nakładam na siebie cokolwiek i Luis każe mi czekać w ogrodzie. Patrzę na zegarek. Jest 6 rano! W półmroku i oparach imprezy zaczynam mieć wizje. Widzę kształty w ogrodzie. Nagle każdy kształt staje się rzeczywistością. Dołączają do mnie koń, dwa psy i kot. Czekamy razem. Zaczyna wydawać mi się to głupie, że siedzę w ogrodzie. Wychodzę na ulicę i w tym momencie zatrzymuje się busik. Dowiaduję się, że jadę na wycieczkę do Misol Ha, Agua Azul i Palenque. Miałam inny plan jak tam dotrzeć, ale czemu nie. Będę miała z głowy.

W samochodzie Japonka, Koreanka, Amerykanin i starsze małżeństwo z Meksyku. Wszyscy zebrani z całej miejscowości. Jedziemy w kurtkach. Jest chłodno. Przemieszczamy się powoli kilka godzin przez porośnięte lasem góry. I wreszcie jesteśmy przy kaskadach. Pogoda się zmieniła. Teraz jest strasznie parno. Nad głowami helikoptery insektów. Znowu zaczynam podskoki, machanie rękoma przy twarzy, klepanie się po głowie.

Dookoła raj. Kaskady Agua Azul ciągną się przez kilkaset metrów pięter skał i uskoków. Jest pięknie! Chodzimy wzdłuż kaskad, rozmawiamy, poznajemy się. Koreanka rzuca pomysł: „Wejdźmy do dżungli!” Wchodzimy. Robimy kilkanaście kroków. Dziewczyna dostaje ataku szajby. Zaczyna krzyczeć, że chce wyjść. Biega w kółko. Patrzę w ciszy i wymieniam spojrzenia z Japonką. Stres udziela się wszystkim. Rzeczywiście się zgubiliśmy. Nie widać ścieżki. Dżungla nas zjada! Wszyscy tu zginiemy! Proponujemy Koreance, by przestała gadać. Usłyszymy kaskady i jakoś wrócimy. Udaje się. Jedziemy jeszcze kawałek dalej do większego wodospadu – Misol Ha. Malusi. Ma tylko 30 metrów i można za nim przejść. W upale jest to marzenie!

Po wodospadach jedziemy do Palenque. Całą drogę gadam z Amerykaninem. Żal mi chłopaka, że wziął sobie kapryśną babę za dziewczynę. Facet jest spoko, a baba walnięta. Nakryła się cała kocem i tak jedzie. Kierowca jest na granicy śmiechu i przerażenia. Siedzi koło niego kopiec z koca. Co chwila słychać spod niego „Hu Ha Hu Ha”. To komentarze do naszych rozmów. Zatrzymujemy się na chwilę. Kierowca bierze mnie na bok i mówi. Nie gadaj z tym facetem, bo ona jest „Loca y celosa” czyli szalona i zazdrosna. Nie planuję z Amerykaninem nic, więc nie przestaję z nim rozmawiać. Koc dalej mruczy. Japonka przeprasza mnie za żółtą rasę. Poczucie humoru czy pokora? Nie wiem.

Dojeżdżamy do Palenque. Jest chyba ze sto stopni i tyle samo wilgotności. Wrzask ptaków, szelest i orkiestra owadów. Gruzy piramid, dżungla i my. Jest cudownie! Łazimy i zaglądamy wszędzie.

Od upału robi się nam słabo. Wsiadamy do samochodu i w drodze powrotnej kilkakrotnie się przesiadamy. Nie ma klimy, a przy kierowcy jest naprawdę gorąco. W końcu siada koło niego niezawodna Koreanka. Zakłada sobie bluzę tyłem na przód, zakrywając całkowicie twarz kapturem. Może postanowiła się udusić? Kierowca pokazuje mi do lusterka kołowrotek koło skroni i że mam nie gadać. Amerykaninowi jest głupio, że jest z wariatką, więc sam coś do nas mówi. Z troski o życie kierowcy odpowiadamy po jednym wyrazie. Mówię do kierowcy po szczątkowym hiszpańsku. Jeśli Zapatyści wezmą ją za muzułmankę, to zaraz będzie mniej pasażerów. Kierowca się śmieje. Po drodze jest rzeczywiście kilka posterunków. Do samochodu podchodzą żołnierze. Patrzą się na twarz z bluzy i na nas, szczerzących zęby jak głupi do sera. Dojeżdżamy do miasta. Nagle Koreanka wrzeszczy AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!! Kierowca podskakuje i zatrzymuje samochód, a ta wybiega i machając rękoma. Ucieka ulicą w siną dal. Amerykanin przeprasza nas i idzie spokojnie za nią. Umieramy ze śmiechu. Wracam do Luisa, biorę prysznic i padam spać. Tu wieczorem w końcu się nie śpi. Się bawi i rozmawia.

Kolejnego dnia rano idę na śniadanie, na miasto, kupić bilet do granicy z Gwatemalą. Ku mojemu przerażeniu, przy dworcu, spotykam Amerykanina z wariatką. Ten mówi: „Moja dziewczyna chce Ci coś powiedzieć”. Staję w bezpiecznej pozycji. Gotowa do skłonu. Koreanka spuszcza głowę i mówi: „Bardzo przepraszam za moje zachowanie”.

Przeprosiny przyjęte, ale bez tego wczoraj, nie byłoby co wspominać. Szalej dalej dziewczyno! I tak Cię lubię.

Żegnam się z Luisem. Rzeczywiście jego dom to magnes. Tymczasem na mnie czeka Gwatemala. Jednak, powrócę tu!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *