Wyspa Wielkanocna: moje spełnione marzenie (Chile cz. 1)

Wyspa Wielkanocna (Rapa Nui) to jeden z najdalej położonych od kontynentu kawałków lądu na świecie. Choć pragnie autonomii nadal należy do Chile. Leży na Oceanie Spokojnym, 3600 kilometrów na zachód od wybrzeża Ameryki Południowej i dolecimy tam w 5 godzin linią Latam z Santiago de Chile lub Tahiti.

Malutka, tajemnicza, egzotyczna wysepka skrywa jedną z największych tajemnic archeologicznych świata – posągi Moai. (O panopkach napiszę potem.)

Prócz Moai jest wspaniała przyroda: wulkany, wzgórza, plaże i cudowni ludzie, a zwłaszcza wrrrrrr kopie wydziaranych Aquamenów…

Opowiem jak udało mi się spełnić jedno z moich największych podróżniczych marzeń, co tam porabiałam i jak zwykle postaram się udowodnić, że każdy może to zrobić i nie musi to kosztować majątku życia. Najpierw trochę sucharków. Potem (mam nadzieję, że wcześniej niż za miesiąc) opowieści.

BILET

Tu potrzebne jest szczęście, albo worek siana. Gdy rozważamy dłuższą podróż po kontynencie możemy szukać połączenia ze stolicy Chile. Tak robiłam latami. Wielokrotnie byłam bliska kupienia biletu za 1200 złotych w dwie strony, ale gdy dodałam sobie do tego bilet do Santiago z Europy, wiedziałam, że będzie to poza moim budżetem. Kombinowałam, oszczędzałam i zawsze było coś nie tak. Jeśli cena biletu w dwie strony była niska, to linia wymuszała pobyt jedno, trzydniowy lub dwutygodniowy. Albo za krótko, albo za długo. Zostało mi powieszenie zdjęcia moai na tablicy zadań i marzeń i chlipanie. Aż pewnego dnia…

Zazwyczaj gdy szukam lotów robię to w trybie ukrytym, by system ciasteczkowy mnie nie namierzył i nie zawyżał cen. Los chciał, że raz, lutowym wieczorem, fantazjowałam w trybie jawnym. Poszłam na imprezę, na szczęście bezalkoholową i gdy wróciłam, zerknęłam na pożegnanie na komórkę i ta sama wyświetliła mi reklamę o locie z Madrytu. Cena 2100 złotych! Nie muszę dodawać, że miałam od razu migotanie komór. Za tę cenę miałam lot z Madrytu do Santiago, dobowy pobyt w Santiago de Chile, lot na Rapa Nui i po tygodniu identyczny powrót. W tym momencie Chile mnie interesowało. Trudno. Sam kraj zostanie na później. Miałam jeden priorytet. Tydzień na Wyspie to w sam raz i stwierdziłam, że za bardzo chcę zobaczyć to miejsce, żeby martwić się o modę i pogodę. Pojadę najwyżej z kurtką zimową i zostawię ją biednym jak nie będzie potrzebna. Rozpędziłam się tak, że zamiast bagażu dokupiłam elastyczne daty podroży. Był luty i nie wiedziałam jak ułoży się moje lato. Może wygram w totka i zostanie na podróż po kontynencie? Wtedy elastyczne daty podróży będą potrzebne.

Bagaż nadawany dokupiłam później gdy miałam kasę. Całość zamknęła się w 2600zł. A co z Madrytem? Jak komuś zależy może pójść na piechotę, pojechać stopem lub dyliżansem. To nie lot na Marsa.

Potem gdy wkurzałam ludzi na wyspie swoim tanim biletem, Chilijka powiedziała mi, że jest taka noc w lutym gdy jest promocja. Zgadza się jest. Z niedzieli na poniedziałek, w moim w przypadku.

WIZA, PDI i bilet wstępu na wyspę

Chile ma z Polską ruch bezwizowy, więc musimy mieć tylko ważny paszport. W samolocie załoga wręczy nam druczek i na jego podstawie na lotnisku dostaniemy formularz PDI, który należy okazać przy opuszczaniu kraju i kontynentu, lecąc na Rapa Nui też. W drodze na Rapa Nui, przy odprawie online, wypełnia się kolejny formularz. Jeśli system nam go nie wyświetli, będzie on dostępny również na lotnisku. I znowu dostaniemy kolejny druczek PDI, ale tylko na moment. Ten zostanie zabrany tuż przed boardingiem. Wydaje się zagmatwane. Jednym słowem nie wyrzucamy nic, co dostaniemy od celników. Żadnego papiereczka. Do Chile nie wolno wwozić produktów spożywczych: roślinnych i odzwierzęcych. Formularze informują nas o karach jakie zapłacimy za utajnienie takich informacji. Ja miałam kaszę w woreczkach i batony. Przyznałam się bez bicia, ale na nikim to nie zrobiło wrażenia. Przemyt się udał. Z głodu nie umrę-pomyślałam.

Po przylocie na Wyspę kupuje się „bilet do Parku Narodowego Rapa Nui” za ok 80$. Kwota spora, ale dzięki niej chronione i restaurowane są zabytki i przyroda. Bilet jest ważny 10 dni i jest podbijany przez strażników przy posągach i wiosce Orongo. Widziałam śmiałków wbijających się wszędzie na krzywy ryj, bez kupowania biletu. Ja bilet kupiłam, bo chciałabym, by tutejsi ludzie mieli z czego żyć, a posągi wytrwały jeszcze kilka lat. Wybór jest Wasz.

BEZPIECZEŃSTWO

„Boże, nie boisz się?” „A tam jest bezpiecznie?” Takie pytania słyszałam przed. Niestety nie mogłam odpowiedzieć: „Ostrzę dzidę, będę walczyła o przetrwanie, polowała na świnki i chodziła w trzcinowej przepasce.” Rapa Nui należy do Chile. To jest cywilizowane miejsce. Są ulice, domy, restauracje, sklepy. Jedyne dzikie instynkty obudza się w was gdy pójdziecie na Kari Kari Show i zobaczycie niebiańsko pięknych tancerzy i tancerki w trzcinowych przepaskach i spódniczkach. Policjanci, z którymi jechałam na stopa mówili, że obecnie w ciupie siedzi 7 osób. Myślę, że to wszystkie rzezimieszki z wyspy.

JEDZENIE I WODA

Jedzenie i woda są bardzo drogie na wyspie. Najlepiej zrobić zakupy w Santiago i przewieźć je w nadawanym bagażu. Prócz kaszy i batonów, przed wylotem, po kontroli bezpieczeństwa, kupiłam na lotnisku trzy butelki wody, które miały ratować mi życie. Okazało się, że woda z kranu w moim schronisku była zdatna do picia. Myślę, że nie tylko w moim hostelu był taki luksus. Mogłam ochronić środowisko i nie kupować plastikowego szajsu, zwłaszcza że miałam bidon. Jeśli chodzi o gotowanie to tylko dwa razy miałam czas, by sobie coś upichcić na obiad. Nigdy nie chciało mi się wracać, by tylko coś zjeść. W Hanga Roa-stolicy i jedynym miasteczku wyspy jest mnóstwo restauracji. Dobry obiad to wydatek około 100 złotych. Mówimy tu o tuńczyku prosto z morza, batatach, sałatce i piwie. Wypasiona empanada-taki duży pieróg to wydatek około 7 dolarów. Kawa i ciasto to około 40 złotych. Dla mnie najważniejszym posiłkiem dnia jest śniadanie. Bardziej opłacalne byłoby wzięcie zapasu chleba, jajek i coś na chleb. Moje zakupy śniadaniowe na Wyspie wyniosły około 70 złotych. Za 6 jajek, ser i chlebek kukurydziany! Zakupy zrobimy w kilku marketach i straganach na ulicy. W tych pierwszych przyjmują kartę. Pan rybak jakoś nie.

Na szczęście znalazłam na ziemi awokado, które cudownie uzupełniło moje śniadanka.

Zatem prócz biletu lotniczego, ubezpieczenia potrzeba strategii kulinarnej. Można wziąć produkty lub po prostu worek kasy lub kartę. Kartą można płacić w wielu miejscach i sklepach. I nawet jak piszą, że kartą nie można płacić, to lepiej spytać, że może jednak można. Raz byłam świadkiem takiego cudu. Są też bankomaty. To nie busz bejbe, a cywilizacja.

POGODA

Zanim hurrra polecimy, sprawdźmy czy odpowiada nam pogoda. Musimy pamiętać, że Chile leży na półkuli południowej i w naszym lecie będzie tam zima. Nie chciałam jechać na letnie wakacje w mróz. Początkowo myślałam, że w stolicy będzie 10 stopni i podobnie na Wyspie. Później okazało się to nieprawdą. Globalne ocieplenie istnieje! Wstrzeliłam się w okienko pogodowe. W Santiago było 20 stopni, a na Wyspie lekko ponad. Mogłam spokojnie pływać w oceanie i wygrzewać się na plaży. Padało poziomo i pionowo tylko 1 dzień. Jednak, każdy miesiąc jest inny. W sierpniu 2019 było idealnie. Mój gospodarz z hostelu mówił, że są miesiące parne i gorące i wtedy ciężej się zwiedza. Głównie się leży i stęka, albo pluska w wodzie. Są też dni ciągłego deszczu.

ZAKWATEROWANIE

Na wyspie są niezliczone kempingi, cabañe (chatki do wynajęcia), hostele. Jest też kilku gospodarzy couchsurfing. Nie ma ze spaniem żadnego problemu. Ja zarezerwowałem łóżko w sali wieloosobowej już w lutym, za 400 złotych za cały pobyt. Miejsce nazywa się Camping Hostel Tipanie Moana i jest w zacisznej uliczce, z dala od centrum Hanga Roa. Brzmi to zabawnie, bo „stolica” to raptem dwie uliczki na krzyż. Cisza, spokój i niska zabudowa. Nawet samolotów nie słyszałam. Jedyny dźwięk to upierdliwe koguty, który drą japę przez noc i o świcie.

Powodów takiego wyboru, a niekorzystania z couchsurfing było kilka. Chciałam poznać osoby o podobnym budżecie, z którymi wynajmę samochód i ewentualnie pójdę na trekking. Wiedziałam, że nie będę miała czasu dla gospodarza, bo nie będzie mnie interesował jeśli nie będzie Aquamanem. Wyspa jest najważniejsza.

Właściciel hostelu powitał mnie na lotnisku, założył mi girlandę z kwiatów na szyję i zawiózł do hostelu. Okazało się, że będę dzieliła pokój z Japonką. Dwa łóżka naprzeciw naszych były wolne, a w pokoju obok była Angielka i Francuzka. Pokój schludny, łóżko wygodne, osobna łazienka. Luksus i spokój. Prócz dwukrotnej wizyty karalucha giganta.

Wszyscy goście hostelu mają dostęp do kuchni, mogą gotować sobie posiłki i pić wodę z kranu. Prócz tych luksusów, nasz gospodarz raz urządził garden party i ogólnie miał upust na wszystko w mieście. Załatwił nam zniżki na koncert (10000 $ zamiast 15000$), samochód terenowy (35000$ zamiast 50000$). Dał sprzęt do snorkellingu. Miód człowiek. ($ to peso chilijskie) Podczas mojego pobytu w sierpniu 2019 roku za dolara było około 700 pesos.

TRANSPORT PO WYSPIE

Wyspa jest malutka, ale bez przesady. Jakiś transport się przyda, by się cieszyć, a nie umęczyć. Z naszego hostelu na plażę Anakena i za razem drugi koniec wyspy jest 18 kilometrów. Czerwone punkciki to albo Moai, albo punkty mocy, albo knajpy, albo coś równie fajnego.

Jak się nie ma samochodu to można tam dotrzeć stopem lub wahadłem. Niedaleko lodziarni przy głównej uliczce miasta (nie przy porcie) jest „przystanek” skąd odchodzi busik na plażę Anakena. Pytać w miasteczku, to pokierują Was. W sierpniu 2019 roku, ostatnie wahadło z miasteczka odchodziło o 14.00. Spóźniłyśmy się, więc znowu pojechałyśmy stopem. Dla Sino to były pierwsze podróże stopem w życiu, więc robiła zdjęcia wszystkim ludziom, którzy nas wozili. Miejscowi, turyści z Chile i z Europy, policja. Chwała im za to!

Wyspa jest cichutka. Jedynym miasteczkiem jest Hanga Roa, za lotniskiem jest tylko wulkan i Orongo-wioska muzeum. Droga prowadzi tylko przez środek i południowym wschodzie wyspy. Po północy i zachodzie się wędruje. Cała wyspa ma głównie skaliste wybrzeże. Dwie piaszczyste plaże rekompensują te „braki”.

Później dołączyła do mnie i Japonki jeszcze Angielka i Czilijka poznana na couchsurfing i razem szwendałyśmy się po wyspie. Pieszo, stopem i wynajętym samochodem. Stop działa bez zarzutu. Podwozi nawet policja.

Jeśli chodzi o samochód, to najlepiej wziąć coś wyżej zawieszonego. Można jeszcze wynająć quada. Cena podobna, tyłek boli, piach w zębach. Nie polecam. Zanim przyjechałam, Japonka zrobiła pętlę po wyspie na rowerze. Mimo małych odległości był to wyczyn, bo pagórków tu dostatek. Czczę ją. Nasz terenowy suzuki kosztował 35000$ za dobę (około 40 USD na cztery osoby) i do tego benzyna za jakieś 15 dolarów. W biurze wynajmu ten sam samochód kosztował 50 000 pesos, ale znowu nasz gospodarz załatwił nam upuścik.

Musiałam pokazać swoją kartę debetową, polskie prawo jazdy i paszport. Samochód był już sporo porysowany i upewniłam się, że pracownicy biura wiedzą o tym. Olali moje wskazania. „Tu się tym nikt nie przejmuje”-powiedziała mi pani. Jeździłyśmy cały dzień i kolejny poranek, kiedy to pojechałyśmy na wschód słońca. Jazda po wyspie nie wymaga żadnych umiejętności. Ruch prawostronny, ulice w miarę puste. Jedyny problem to dziury, w które można wpaść w ciemności. Są też nieoznakowane progi zwalniające i te umożliwią nam skoki bez telemarku.

Romantycy mogą objechać wyspę konno.

NAJWAŻNIEJSZE ATRAKCJE wg mła

Cała wyspa to dla mnie ideał. Dobrze się tu czuję. Ludzie super, jest przyroda, tajemnica, dobre żarcie, plaża, trawa, woda, prąd, łazienka, kawa, ciastko, pizza.

1. Moai, moai, moai. Posągów jest prawie 1000. Są wszędzie dookoła. Stoją, leżą. Są całe ciała, tylko głowy, szczątki i puzzle. Moje ulubione to te:

Ahu Nau Nau. Są przy plaży Anakena (rząd postaci)

Rano Raraku (głowy rozsypane na zboczach wulkanu oraz kilka częściowo wydłubanych z zastygłej lawy w „lawołomie”)

Ahu Tongariki (rząd postaci ze śmiesznymi minami). Obok jest jeden Moai, który zaniemógł i leży na pleckach. My z nim. Tu przyjeżdża się na wschód słońca.

Tahai (niepozorny rządek, tuż przy centrum miasta, który nabiera uroku podczas zachodu słońca)

Ahu Akivi (jedyne Moai, patrzące w ocean, w końcu kosmici przybyli łodziami). Potem napiszę na co tak naprawdę (wg Amerykańskich naukowców patrzą

2. Wioska Orongo i wygasły wulkan Rano Kau. Wulkan mijamy po drodze, więc najpierw wjeżdżamy samochodem pod sam krater i patrzymy w zarośnięte trzewia krateru. Po kilkudziesięciu metrach, w wiosce-muzeum Orongo, zobaczymy jak wyglądały pierwsze osady na wyspie, znajdziemy petroglify i poczytamy o ceremoniach Człowieka Ptaka. O tym później. Tu jest potrzebny bilet wstępu (ten kupowany na lotnisku). Byłam tu dwa razy. Raz stopem, raz wynajętym samochodem. Do muzeum można wstąpić tylko raz. Patrzeć w trzewia krateru ile chcecie.

3. Występ baletu i chóru KariKari. Świat jest niesprawiedliwy i najprzystojniejsi mężczyźni żyją na Rapa Nui. Powab, wdzięk i testosteron. Jakieś tam panie też się wiły, ale nie patrzyłam w ich stronę. Występujący lubią wciągać na scenę publiczność, by próbowała tańczyć z nimi. Z różnym, przeważnie przezabawnym, skutkiem. Osoby, mające urodziny były również zapraszane do tańca. Można mieć urodziny codziennie, gdy ma się perspektywę obcowania z Aquamenem. Na szoł trzeba zrobić rezerwację. Są dzikie tłumy i dobrze jest przyjść nawet godzinę wcześniej, żeby zająć dobre miejsce. My dzięki upustowi zapłaciłyśmy 10 000 zamiast 15 000 $. Reszta została na piwo, by zapomnieć, że nigdy przenigdy ja i Aquaman nie będziemy razem. Szoł obudził we mnie instynkty. Może to makijaż wojenny, który występujący nakładają publiczności, a może powab tancerzy. Po koncercie dałam Sino korki z wpychanie się bez kolejki do artystów po fotkę. Myślę, że Sino nadal przeprasza, że dała się tak brutalnie wepchnąć bez czekania. Jeśli chcecie mieć fotkę z panami po, idźcie od razu. Stada wygłodniałych kobiet nie dają im żyć.

4. Wschód słońca przy Ahu Tongariki (rzędzie Moai). Tu dojechałam z dziewczynami z hostelu wynajętym samochodem. Warto! O świcie pewna pani sprzedaje empanady z budki przy wejściu. Można się nią podzielić z stadem głodnych, bezdomnych psów.

5. Zachód słońca przy Tahai, tuż przy centrum miasteczka. Można dojść tam na piechotę.

6. Plaże Anakena i Ovaje. Anakena jest piaszczysta, szeroka i boska. W sierpniu były pustki. Wygoda i cisza. Pod palmami tuż przy plaży zbierałyśmy kokosy, które potem spożywałyśmy w hostelu.

Ovaje jest skalista i ma lekko utrudnione wejście. Byłam tam kilka razy. Stopem i wynajętym samochodem. Uwaga na bardzo silne prądy. Nie wypływać poza skały. O mrożących krew w żyłach scenach w kolejnym wpisie.

7. Jaskinie. W Ana Kakenga miałam lekki dyskomfort psychiczny. Chyba mam klaustrofobię. Bez latarki jest ciekawie. Obite czółko murowane. Wchodzimy w małą dziurkę w ziemi. Potem jest więcej miejsca i przez gardziel jaskini możemy spojrzeć w morze. Jest fajnie, ale ja jednak wolę otwarte przestrzenie jak widoczki dookoła.

8. Snorkelling i nurkowanie. Jeśli ktoś jest tak zepsuty jak ja i nurkował w Azji, Bliskim Wschodzie i na Karaibach, niech sobie odpuści nurkowanie na Rapa Nui. Kosztuje około 35 000 $ (ok 40-50 dolarów), snorkelling można mieć za darmo, a zobaczymy prawie to samo.

Mój gospodarz pożyczył mi maskę, rurkę i płetwy. Jedyny ból to bardzo silne prądy, duże fale i dość stara rurka, która umożliwiła mi spożycie kilku misek oceanicznej zupki.

Przy Rapa Nui żyje endemiczny gatunek żółwia, ale tylko znawcy go rozpoznają. Jeśli ktoś nie widział dzikiego żółwia morskiego, to te mają miejscówkę w porcie przy lodziarni.

Kevin Costner wrzucił do wody replikę Moai, która stała się atrakcją nurkową. Przy snorkellingu go nie zobaczymy, chyba że zapłacimy za podwózkę motorówką i powisimy chwilę nad nim z rurką.

Bez butli i tuż przy plaży Anakena widziałam parę ciekawych ryb: balonową, kotiti para, długie srebrzyste coś z zadartym noskiem. Rafy przy Anakenie właściwie brak. Ta przy Ovaje jest ładniejsza, ale lepiej pływać z kamizelką. Prądy są ogromne i szybko robi się niebezpiecznie. Albo zniesie nas na pełne morze, albo na skały. Z ekipą z centrum nurkowego unikniemy takich przygód-jedyny plus. Widoczność też zmieniała się z dnia na dzień. Jednego dnia żyleta i kryształ, kolejnego muł i polskie jezioro. Jeszcze jedną zaletą nurkowania są podwodne jaskinie, ale przy mule, szału brak.

9. Muzeum Antropologiczne Englerta. Warto wpaść, zwłaszcza gdy pada deszcz. Dużo ciekawych opisów, film i przemiła pani kustoszka.

10. Niedaleko poczty jest punkt informacji turystycznej. Tam pani podbije nam paszport. To oczywiście lekko nielegalna pieczątka, ale kto biednemu zabroni. Se kazałam wbić na pamiątkę. A co tam.

11. Miejsca mocy. Tajemnica i energia. Można pobiegać dookoła na bosaka, wzywając Człowieka Ptaka.

12. Nauka tańca w sali gimnastycznej z miejscowymi kobietami lub mecz piłki z Aquamenami. Cudowne jest to, że tańczyć uczą się 5 latki z 105 latkami.

13. Polinezyjska msza. Tu ludzie potrafią śpiewać!

14. Dokarmianie i głaskanie miejscowych piesków.

Wyspa jest boska i jak mówił artysta Szukalski: „Wszyscy pochodzimy z Rapa Nui”. Ja na pewno.

Podróż na Rapa Nui to było chyba moje największe marzenie podróżnicze. Takie, w które nigdy nie wierzyłam, a spełniło się. Jeśli macie podobnie i jesteście w stanie oszczędzić około 4000-5000 złotych, to się uda. Lot 2500zł, nocleg 400 zł (jeśli jesteście sami, bo w grupie na pewno jest taniej za wynajem domku), 80$ bilet wstępu (jeśli podróżujemy odpowiednio grzecznie i bezobciachowo), 40 $ samochód na dobę (cały koszt dzielimy jak mamy towarzystwo), jedzenie zależy od nas. Polujcie, bierzcie żarcie ze sobą, gotujcie, albo na bogato stołujcie się w knajpach.

Puszczajcie posta w świat dla innych, co chcieliby, a nie wierzą, że można.

Mi się udało to każdemu może się udać!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *