Zanzibar prawie z góry na dół (Tanzania cz. 4)

Nungwi i Kendwa

W 2005 na ekranach niemieckich, a później światowych, kin ukazał się film „Biała Masajka”. Oparty na faktach, opowiada historię Niemki, która pojechała ze swoim narzeczonym na wakacje do Kenii. Tam ujrzała masajskiego wojownika i dopadła ją strzała Amora. Marząc, by ugodził ją swoją dzidą, porzuciła swojego chłopaka i związała się z Masajem. Sceny krycia i pożycia rozpaliły wyobraźnię i krocza białych bab. Tłumnie zaczęły przyjeżdżać do Afryki wschodniej, szukając swojego wojownika. A że tutejsi chłopcy nie są w ciemię bici, ich fantazje stają się rzeczywistością, minutę po wyjściu z hotelu. Północny Zanzibar nie jest ziemią Masajów. Jest ich warsztatem pracy. Ci kolorowi chłopcy z widokówek grają taką rolę, na jaką pozwala im ich morale, portfel i zasady. Tym nieśmiałym i z oporami daje możliwość pilnowania obejścia hotelu, prowadzenia straganu lub bycia maskotką do zdjęć. Wszystko w stroju ludowym. Chłopcy o luźnych zasadach po prostu są brani z plaży. Fajnie jak stoją w sandałach z opon, tradycyjnym szaliku w kratę i z kijem. Jak stroju brak, to i koszulka dolczegabana da radę. Siedzą w barach hotelowych i wyglądają smutno. Czasem mają zeszycik z wyklejankami i biorą baby na podryw na artystę.

Wiem, wiem, życie jest krótkie, żyje się tylko raz i vielleicht Frau Helga miała nudne życie między Kirche&Kinder&Küche, ale to jest Smutne.pl Kiedy już wejdzie się w prostytucję, wyjścia może nie być.

Na plaży pani o lekko zmarszczonych, rubensowskich kształtach i z zapewne zdjęciami wnuczków w portfelu prowadzi dwóch pod rączki. Cieszę się jej szczęściem. Dziś spełni swoje erotyczne marzenia. Razem utworzą ciasteczko Oreo.

Początkowo styki w mojej głowie nie połączyły się. Widząc kilkanaście pustych hoteli, z kolorowymi chłopcami dookoła, naprawdę pomyślałam, że chłopaki ciężko pracują. Chodzą z kijem i czekają na rabusiów. Dopiero facet z mojego kolorowego hostelu uświadomił mi, że to o innego bata chodzi. Jestem tępą dzidą.

Północny Zanzibar prócz działalności burdelowej nadaje się idealnie na wypoczynek. Tu są niewielkie przypływy i odpływy. Gdy ocean się cofa, nie trzeba iść kilkaset metrów w głąb, by się wykąpać. Gdy wchodzi w ląd czasem plaża znika. Wtedy przejście jest możliwe tylko ulicą.

Przy plażach Nungwi i Kendwa stoją wszelkiej jakości hotele. Od Hiltona po bezgwiazdkowce. Za nimi jest prawdziwy świat. Domki z nieotynkowanych pustaków, piaszczyste podwórka, dzieci z wolnego wybiegu, stosy śmieci.  

Mieszkańcy żyją z turystyki, rybołówstwa, sprzedaży pamiątek i z przyzwyczajenia. Sam czubek wyspy to Nungwi, a niżej po zachodniej stronie to Kendwa. Tam jest drożej, są palmy i na plaży stoją łóżka do wynajęcia za 10$ za dzień.

Do Nungwi dojeżdża ze Stone Town daladala nr 116 za 2300 szylingów czyli jednego dolara. Gdy wyjdziemy z lotniska i pójdziemy na prawo za płot, znajdziemy tam przystanek. Z niego pojedziemy pierwszym dala do Stone Town, potem kolejnym na czubek wyspy.

Razem nie wydamy więcej niż dwa dolary. Za to samo, ale taksówką zapłacimy 30$ i więcej. Na krótkich dystansach działają tu też bodaboda, czyli motorowe taxi. Te za krótki dystans liczą sobie 1000 szylingów. Prosto, tanio i nie zawsze przyjemnie. Tłok w dala potrafi być okropny. Podglądamy sobie za to ludzi jak nigdy. Podróż z lotniska do Nungwi zajął ponad godzinę. Część z tego staliśmy w korkach. W taksówce byłby tak samo. Zaoszczędzona kasa starczyła na super kolację ze świeżych ryb. Do końca pobytu na wyspie był to mój ulubiony środek transportu.

Kilka dni się włóczyłam po plaży W Nungwi, pływałam i leżałam. Jak nad morzem. Codziennie słuchałam cukrowych tekstów żigolaków i patrzyłam na panie, które sobie na nich pozwalały. Chyba były z tej samej miejscowości. Większość miała krótkie włosy z mocnym skrętem. Patrzyłam i obserwowałam swoje emocje. Starałam się nie oceniać. Życie to chwilka.

Jednego dnia w biurze na plaży wykupiłam wycieczkę na pływanie po „atolu” koło wyspy Mnemba. Razem z dziewczyną z recepcji Havą, muzykiem z Tanzanii oraz parą turecko-kenijską popłynęliśmy łodzią w poszukiwaniu delfinów. Będzie reklamacja. Delfiny nie chciały się z nami bawić i nie pojawiły się. Zacumowaliśmy w pobliżu wyspy i od razu pojawili się jacyś panowie na innej łodzi. Okazało się, że to ochrona wyspy. Dalej płynąć nie wolno.

Dziewczyna z Kenii zaczyna mi sączyć historię do ucha. „Ty wiesz, że wyspę kupił Bill Gates? No i po co? Po co się kupuje? By prowadzić tajne laboratorium. U nas już robi eksperymenty. Wypróbuje na nas swoje szczepionki. I ta wyspa. Żeby kara za wejście była 500 dolarów?” Mówię, jej żeby popłynęła na brzeg i napisała pozdrowienia dla Billa na piachu. Zrobi furorę w sieci. Bardzo jej się to podoba, ale nie umie pływać. Wcześniej takie teorie spiskowe znałam tylko z internetu. Wchodzę do wody z Hawą z hostelu i Turkiem. Rybki kolorowe są. Dość terytorialne. Gdy za długo moczę tyłek, trzymając się drabinki jedna gryzie mnie w niego. Mój pierwszy raz. Tak zwany atol nie żyje. Nie ma co oglądać. Szkielety martwych raf dają pewne wyobrażenie, że kiedyś było tu pięknie. Chwilę popływaliśmy, robiliśmy układy, wołaliśmy „uuuuu”, ale delfiny nie przybyły.

Po kilku dniach pojechałam do Stone Town zobaczyć normalnych ludzi. Po drodze zatrzymałam się przy szesnastowiecznych ruinach Fukuchani. Niestety restaurował je chyba Ray Charles. Konserwator amator rzucił polskiego baranka i po tajemnicy śladu nie ma.

Stone Town

W Stone Town zamieszkałam w starym kolonialnym domu. Wygodny pokój z dwoma łóżkami, prywatna łazienka-luksus. Pierwszy poranek w Stone Town zaczął się od mocnego uderzenia. Drewniana konstrukcja łóżka spadła mi na głowę. Chwilę sobie poleżałam pod woalką z moskitiery i bierek z desek. Sięgnęłam nawet po telefon i zrobiłam zdjęcie, żeby udowodnić kierownikowi hostelu jak to było. Szczerze ucieszyłam się, że to się nie stało nocą, w ciemności. Zawał i walka z niewidzialnym wrogiem murowane. Zeszłam na dół i nic. Nie ma nikogo na kim można się wyżyć. Nie ma też śniadanka. Napisałam do dziada hotelowego, że chcę jeść, żalić się i że to nie ja zepsułam łóżko. Żadnej odpowiedzi, w hotelu pustki.

Poszłam na miasto zjeść śniadanie i zabrałam rachunek ze sobą, by odliczyć od opłat za hotel. Tanzańskie śniadanie wszędzie jest takie samo. Jajko smażone lub jajecznica, tostowy chleb, co cudownie rozdyma jelita; owoce, dżem, masło orzechowe. To było w każdym hotelu i w kawiarni. W Stone Town Cafe mają więcej opcji dodatków do tostów i przede wszystkim naturalną kawę przyprawioną kardamonem, goździkami i imbirem.

Biorę tosta z awokado i popijam kawusią. Od razu po śniadaniu idę na naleśnika. Starsza pani siedzi na progu domu i na patelni położonej na małym palenisku cały dzień smaży cudowne słonawe naleśniki. Zawija je w gazetę i nic więcej nie trzeba. Prócz zjeść szybko, zanim nasiąkną drukiem. Jeden za 500 szylingów czyli jakieś 80 groszy. Gazeta gratis. Tak nabita glutenem zaczynam każdy dzień. Ta kawiarnia będzie moją ulubioną, a kawusia i ciasteczko rytuałem.

Stone Town (Kamienne Miasto) przypomina mi Marrakesz. Wąskie uliczki, ciasna zabudowa, rynki, architektura są wynikiem mieszanki kulturowej. Bywali tu Omańscy Arabowie, Hindusi, Brytyjczycy.

Tu kwitł handel, zwłaszcza niewolnikami i kością słoniową. Po Arabach zostały między innymi łaźnie. Arabowie usilnie uczyli ludność czystości ciała. Można zobaczyć jak kiedyś wyglądało spa z wanną i kibelkiem.

Dom Tippu Tip’a – jednego z największych handlarzy stoi do tej pory i służy jako muzeum pamięci jak to kiedyś dorabiano się fortun. Obecnie obity w rusztowanie jest restaurowany. Szczególnie mi nie żal, że nie zobaczę wnętrz stworzonych na cierpieniu innych. Tippu Tip robił interesy na terenie gdzie obecnie stoi katedra anglikańska. Tam był kiedyś rynek, na którym można było kupić sobie człowieka i zmusić go do niewolniczej pracy. Obok jest symboliczny pomnik ufundowany przez Szwedów.

Najstarszym budynkiem w mieście jest Stary Fort. Gdy tylko Omańscy Arabowie wygnali Portugalczyków, ufortyfikowali tę część miasta. Budynek zmieniał później swoje funkcje. Był garnizonem, więzieniem, klubem dla panów i gdy dobudowano amfiteatr również centrum rozrywki. Na początku XX wieku zaczęto budować kolej zanzibarską i tu była główna stacja.

Opodal fortu stoi nadal remontowany Dom Cudów. Kiedyś pałac sułtana, dziś muzeum i najwyższy budynek na wyspie. Tuż obok stoi drugi pałac sułtana. Pełen portretów, obrazów, mebli i przedmiotów codziennego użytku. Sułtanowi dobrze się żyło. Miał doprowadzoną wodę i latryny. Luksus na który nawet dziś nie stać wielu Tanzańczyków.

W pobliżu jest następna perełka architektoniczna –stara przychodnia. Nie dowiedziałam się co jest wewnątrz. Nikogo nie było. Weszłam, popatrzyłam na byłe sale chorych i wyszłam.

Na samym końcu ulicy stoi prawdziwy pomnik przyrody. Olbrzymi figowiec, który sam jest domem wielu stworzeń. W jego koronie mieszkają najróżniejsze ptaki, w wąsach owady, a wokół jego pnia siedzi podwórkowa rada miasta: taksówkarze, kapitanowie małych łódek i sprzedawcy wycieczek w każdy kąt wyspy. U nich rozwiążemy każdy problem.

Zaraz obok pałacu sułtana są ogrody Forodhami. To po prostu skrawek zieleni, gdzie zwłaszcza wieczorami relaksują się rodziny. Późnym popołudniem zaczynają rozkładać się stragany z frykasami. Szaszłyki z owoców morza i wszelakiego mięsa, zanzibarska pizza, która jest po prostu chrupiącym naleśnikiem z dowolnym nadzieniem leżą na stołach lub są na świeżo przyrządzane przy klientach. Dostaniemy wszystko czego żołądek zapragnie. Bierze się żarcie w łapkę i patrzy jak młodzi chłopcy skaczą do wody w ciuchach.

Na Zanzibarze nie ma mowy o goliźnie. Plaża jest jedynym miejscem do ekspozycji schabów i brzucha. „W mieście biust, brzuch i uda pokazują tylko prostytutki”- mówi mi Rossie. Poznałyśmy się w daladala i razem spędziłyśmy dzień. Życiorys Rossie jest dowodem, że szczęście przychodzi przypadkiem. Mieszkała w masajskiej wiosce w okolicach Aruszy i pewnego dnia bawiła się z koleżankami przy drodze. Traf chciał, że wędrowała tam akurat Niemka, która zagadała do dzieci. Rossie była ostatnią z rodzeństwa i rodzinę było już stać, by skończyła kilka klas szkoły i nauczyła się paru słów po angielsku. Odpowiedziała Niemce, a ta poprosiła ją, by zabrała ją do swojego domu. Rodzina była spora, nieuboga, ale szanse na dalszą edukację Rossie były niewielkie. Starsze rodzeństwo miało i mniej szczęścia, ponieważ od małego musiało pomagać przy hodowli bydła. Szkoła była tylko okazyjnym dodatkiem do życia. Niemka zaproponowała, że zasponsoruje jej dalszą edukację. I tak się stało. Dziś jest wykształconą trzydziestoparoletnią kobietą i samodzielną matką. Jej rodzeństwo nadal mieszka w wiosce, nie chcą innego życia. Ona takiego życia już nie chce. Przeprowadziła się na Zanzibar i znalazła pracę u Włoszki, która ma kilka inwestycji. Syn Rosie jest najlepszym uczniem w szkole i też ma sponsora z Europy. Marzy im się, by studiował w Niemczech. Na pewno mu się uda, bo widzi, że matka poszła za marzeniami i jest gdzie chce.

Uliczkami Stone Town można włóczyć się cały dzień. Na parterze każdego domu jest jakiś sklepik lub warsztat. W oknach suszy się pranie lub sterczą lusterka, które umożliwiają mieszkańcom upewnienie się kto się szwenda pod ich domem.

W tym mieście zdecydowanie najwięcej razy powiedziałam „Asante” czyli dziękuję. Prócz „Mambo” (Cześć) moje kolejne ulubione słowo. Tanzańczycy każdego „muzungi” (turysta/białas) witają słowem „karibu” na co należy odpowiedzieć „asante”. I potem jeszcze sto razy gdy pokażą nam rzeźby, maski, wisiorki, obrazki itp.

Symbolem Stone Town są drewniane, często wykonane z drewna tekowego, drzwi. Ich styl i konstrukcja jest zaszyfrowaną informacją do kogo należy dom. Z racji, że w mieście mieszają się kultury arabska i hinduska każda z nich wykształciła osobną ornamentykę. Drzwi hinduskie (Gurajati) są często podzielone na segmenty i mają choć jedną część z składaną żaluzją. Przeważnie są zaokrąglone u góry, by przypominać komnatę z pałacu sułtana. Drzwi rodzin arabskich bywają prostokątne z fantazyjnie rzeźbioną ościeżnicą. Często są to arabeski, rozety, ale zdarzają się nawet cytaty z Koranu. Każdy dom z drzwiami z okuciami i skrzydłem nabitym olbrzymimi ćwiekami oznacza bogactwo. Ćwieki miały nie tylko ozdabiać, ale bronić dom przed atakiem. Najskromniejsze drzwi należały przeważnie do miejscowych rdzennych mieszkańców.

Do obserwacji ludzi prócz po prostu ulicy warto jeszcze pójść na mini placyk Jaws Corner. Słup z telefonem, progi domów i kilka stoliczków. Przy nich sami mężczyźni. Grają w warcaby, domino, sprzedają kokosy. Spędzają czas razem na rozmowie i grach. Nie do pomyślenia u nas gdzie zamiast wody kokosowej i herbatki byłoby piwsko, a zamiast gier mordobicie.

Prócz zabytków Stone Town ma jeszcze jeden wyjątkowy dom. Dom gdzie swoje pierwsze „gaga” wydał ze swoich płucek Freddie Mercury. Mieszkał w nim tylko siedem lat zatem nie zobaczymy w nim żadnych dowodów na rock-’n'-rolla. Nie ma tac, na których karły nosiły kokę, nie ma też zeszytu ze szkoły albo porzuconego aparatu ortodontycznego. Są gabloty ze zdjęciami Freddiego z kolegami z zespołu. Zatem otarłam się tylko o tynk, polizałam klamkę i popatrzyłam w okna.

Nie poprzestałam na samym chodzeniu po mieście. W pobliżu są liczne atrakcje. Prison Island z olbrzymimi żółwiami, las Jozani z endemicznym gatunkiem małp, plaża Paje z pobliską knajpą the Rock oraz ogród przypraw w Kidichi.

Prison Island

Wyspę Prison Island, las Jozani i ogrody, gdzie rośnie pieprz i wanilia można odwiedzić samodzielnie. Nie trzeba żadnej wycieczki dla turystów, gdzie będziemy mieli limity czasowe. Poza tym takie zorganizowane wypady kosztują kilkadziesiąt dolarów. Zwłaszcza jak jest się samemu. Na każdą atrakcję zostawiłam sobie dzień. Połowę dnia zajmowała atrakcja, resztę chodzenie po Stone Town. Na Wyspę dostaniemy się łódką. Naganiacze i właściciele łódek bytują przy całej długości nabrzeża i pod figowcem. Można też obudzić tych, co śpią w łodziach. Wycieczka połączona jest przeważnie z pływaniem z rurką przy wyspie, ale to można sobie spokojnie odpuścić. Rafa dawno temu umarła i nie ma tam co oglądać. Zdarzają się rybki, ale jak już coś pod wodą widzieliście, to nie ma po co wypożyczać sprzęt i dopłacać. Ja jeżdżę ze swoją rurką i maską i wypożyczyłam tylko płetwy. Zbędny wydatek. Weszłam do wody, wsadziłam głowę, zrobiłam kółko i wyszłam. Mój kapitan właśnie skończył skręta i jak mu powiedziałam, że rafa nie żyje szczerze go ucieszyłam. Potęga Marysi. Beczka śmiechu. otem się dowiedziałam, że to stąd czerpano koral do wyrobów rzemieślniczych. I to na pewno też przyczyniło się do dewastacji środowiska.

Na wyspie jest kilka budynków służących dziś za restaurację, hotel, toalety. Architektonicznie nic ciekawego. Wyspa służyła kiedyś jako miejsce izolacji zbuntowanych niewolników. Tu Arabowie zostawiali tych, którzy stawiali opór przed zsyłką w niewolę. Później Brytyjczycy trzymali tu prawdziwych rzezimieszków, a w końcu więzienie zamieniono na szpital i wysyłano tu zakażonych żółtą gorączką, by odbyli kwarantannę. Stąd wyspa ma kilka nazw. Changuu (nazwa po gatunku ryby mieszkającej opodal), Kibandiko, Wyspa Więzienna lub Wyspa Kwarantanny. Wyspa dziś służy jako ośrodek wczasowy. Jest tu kilka chatek, kort tenisowy, biblioteka, stoją spróchniałe leżaki i brudny basen. Zatem po co w ogóle tu przyjeżdżać? Dla żółwi olbrzymich! Ich pradziadki były prezentem od gubernatora Seszeli. Początkowo żółwie żyły na wolności, ale szybko znaleźli się debile, którzy zaczęli je wykradać i zabijać. Gadom stworzono ogrodzony teren, dano strażników i kasy biletowe. Na pewno warto odwiedzić wiekowe towarzystwo. Niektóre mają prawie 200 lat! Wszystkie są na chodzie i muszę przyznać, że dość szybkim. Zwłaszcza na widok roślinek. Dostałam kilka od strażników i jak zobaczyłam, że jednemu włączyła się lampka i ruszył z łapki w moim kierunku, to trochę nabrałam respektu. Pyszczek da radę paluszkowi. W mózgu jest tylko kilka zwojów więc ostrożności nie za wiele.

Las Jozani

Do lasu Jozani dojedziemy każdym daladala, który jedzie do plaży Paje. Można poprosić każdego chłopaka na moto-taxi „bodaboda”, by zawiózł pod przystanek „daladala Dżozani/Padże”. Nie jest to lot na Marsa. Las Jozani jest parkiem narodowym i trzeba zapłacić za wstęp 10$. W cenę wliczony jest przewodnik. Robi się z nim krótką pętelkę po parku, kończąc wycieczkę wizytą u endemicznych małp-gerez czerwonych. Poza nimi mieszka tu mnóstwo ciekawych gatunków zwierząt i owadów jak między innymi dawno niewidziane lamparty, arbogóralek, galago i najróżniejsze motyle.

Po drugiej stronie parku, jakieś 2 kilometry od bram, jest jeszcze las namorzynowy. Można przejść się po nim suchą stopą, bo postawiono podesty.

Paje

Na ulicy przed lasem Jozani złapałam kolejne dala i pojechałam na plażę Paje, która jest idealnym miejscem na kitesurfing. Kąpiel w morzu trzeba połączyć z wędrówką w głąb oceanu gdy odpływ sięga kilkaset metrów. Praktycznie nie można było dostrzec wody. Jedynie żagle kitesurfingowe. Zdecydowanie na plażowanie nie przyjechałbym tu. Jedynie dla sportów wodnych.

Byłam sama na plaży, więc od razu otoczyły mnie miejscowe dziewczynki. Gadać nie chciały, ale pozować do zdjęć owszem. Dwie zachowywały się jak na kilkulatki przystało. Jedna dała nam lekcję modelingu. „Gdy Twoje koleżanki wydurniają się, Ty po prostu stój i trwaj. Jesteś piękna i wyrozumiała, a Twoje kumpele zachowują się jak trzylatki.” Amen, siostro!

The Rock

Tuż niedaleko jest restauracja „The Rock” gdzie za filiżankę kawy zapłacimy 4$. Tu dojedziemy kolejnym dala. Droga jest jedna, nie ma żadnej filozofii. Przyjechałam, przeszłam suchą stopą do knajpy, spojrzałam na menu. Przypomniało mi się; „Jesteś biedna, idź do domu lub pracy”. Gdy jest przypływ trzeba wziąć łódkę. Bogu dzięki nie musiałam. Płynąć, by przeczytać menu?

Ogród przypraw

Farmy uprawne można również odwiedzić z wycieczką, ale po co. Jest ich dookoła Stone Town dziesiątki i trzeba tylko wybrać jedną. Jak spojrzymy na mapę to w pobliżu Stone Town znajdziemy miejscowość Bububu. Nie da rady nie zapamiętać nazwy. Opodal jest Kidichi, a tam farmy farmy farmy. Pracownicy będą chcieli jakieś 10000 szylingów za oprowadzenie. Trzeba się dogadać. Ja pojechałam na farmę razem z Rossie-szczęśliwą byłą Masajką. Miałam sprawę ułatwioną. Rossie dogadywała się co i jak, ja chodziłam i potakiwałam. Rossie od niedawna mieszka na Zanzibarze, więc i dla niej też była to atrakcja. Pan, który nas oprowadzał pokazał nam najróżniejsze rośliny i drzewa i dał do spróbowania wszystko co wykopał z ziemi i zerwał. Jego kolega poszedł oczko dalej i wspiął się na palmę i zerwał dla nas kokosy.

Na każdej farmie można kupić przyprawy. Lepiej zrobić to symbolicznie, bo cena jest kilkakrotnie wyższa niż na targu w Stone Town. Panowie prócz oprowadzania i zabawiania historiami, robią z liści różne akcesoria. Dają do przymierzenia koronę, pierścionek i torebkę. Jest miło i sympatycznie. Ja dostałam kilka punktów dodatkowych, bo po wizytach na podobnych farmach, rozpoznałam kilka roślin. Do doświadczenia oczywiście się nie przyznałam. Niech jeden myśli, że jestem po prostu przemądra. Z niektórymi roślinami poradzi sobie i trzylatek, który odróżnia imbir od kurkumy, a pieprz od arbuza.

Takie wycieczki czasem połączone są z nauką gotowania. Mi się nie udało znaleźć przyzwoitej ceny. Zostały mi lokalne knajpy i rynki.

Myślę, że wycisnęłam z tygodnia na Zanzibarze tyle ile się dało. I jak na mnie, to w bardzo wolnym tempie. PolePole- wolno wolno, to motto Zanzibarczyków. Na wakacjach, to mi odpowiada. Nie wiem czy w pracy. Tak wypoczęta i wyluzowana wsiadłam do malutkiego samolotu, lecącego do Tangi z międzylądowaniem na Pembie. Przed startem zorientowałam się, że mój pas nie zapina się. Chłopak obok bez pytania pociągnął mój pas i związał ze swoim. Mój bohater. Na Pembie nieśmiało żalę się panu pilotowi, że mi pas nie działa. Ten szarmancko wyciąga mój (właściwy) pas z boku siedzenia i spokojnie zapina. Ten z góry służy do czegoś innego. Hm. Uśmiecham się i mówię: „To mój pierwszy lot”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *