Od oceanu po góry, Kapsztad cz.2 (RPA cz. 3)

LION’S HEAD

Szczyt Lion’s Head był pierwszym jaki zobaczyłam z promenady w Kapsztadzie. Skalista, stożkowa czapa wystaje zza Signal Hill i wydaje się niepozorna. W końcu ma zaledwie 669 m n.p.m. Wejść na nią można o każdej porze dnia. Jednak, najlepiej jest zrobić to chwilę po godzinie 4 rano, by z samego szczytu zobaczyć wschód słońca nad Kapsztadem. Sama nie zdobyłabym się na takie ryzyko, ale na szczęście mieszkałam u aniołka, który zorganizował mi towarzystwo.

Andrea dała mi linki do licznych grup na Whatsappie i na jednej z nich była informacja o wspólnym wejściu. Umówiłam się z dziewczyną z Francji i jej ekipą, że do nich dołączę, gdzieś tam pod górką.

Kolejnego dnia o 4.30 rano miał przyjechać po mnie Bolt. Niestety kierowca pomieszał ulice i zamiast na Beach Road zatrzymał się za budynkiem na Bay Road. Stałam w ciemności przed budynkiem i patrzyłam na mapkę śledząc jego samochodzik. Nie chciałam obiegać bloku ciemną nocą, więc wysyłałam mu wiadomości gdzie jestem. Na szczęście po chwili się zorientował i zawinął po mnie. Gdy wsiadłam, okazało się, że młody chłopak z Zimbabwe zna Kapsztad tak jak ja. Jest tu od niedawna i nie wie dokąd jedziemy. Tłumaczę i pokazuję mu na mapie, dodając, że tam czeka grupka, z którą będę wchodzić na „patrz na moje usta: Lion’s Head!” Moja wiadomość lekko go zrelaksowała. Powieki stały się cięższe. Okazało się, że chłop jeździ już od południa. Ma dosyć.

Wjechaliśmy na Signal Hill. Rozpoznałam teren, bo byłam tam wcześniej z Jordaną. Wiedziałam, że oba wzniesienia łącza się grzbietami, więc pomyślałam, że to może być dobre miejsce. Jedyne to wypatrzyć w ciemności światła latarek mojej grupy. Kierowca zachwycił się widokiem. Był przepiękny. Miasto wyglądało jak rozgwieżdżone niebo. Ktoś obrócił widnokrąg. Otworzył okno i zrobił „Echhhhh, muszę tu przyjechać z żoną”. Pokazał mi kierunek w ciemność i kazał iść. Światła miasta migotały, cisza, spokój. Kazałam mu, na wszelki wypadek, czekać i zaczęłam z obłędem w oku i latarką na czole biegać po wzgórzu i szukać grupy. I nic nie widzę.

Widząc babę z latarką na czole, chłop pewnie miał ubaw i zaczął się modlić o moje uzdrowienie. Ekipy nie ma. Jestem w ciemnej dupie, na jakimś wzgórzu z kolesiem w półśnie. Na szczęście mam kartę Andrei i mogę wysyłać wiadomości na WhatsAppie. Okazało się, że czekają kilkadziesiąt metrów poniżej. Byłam niezwykle wdzięczna, że poczekali na mnie. Prócz nas była naprawdę spora grupka, mieszkających w Kapsztadzie obcokrajowców. Podobno niektórzy wchodzą na wschód słońca codziennie!

Spojrzeliśmy na zegarki: 4.45 rano. Część osób pobiegła sprintem przed siebie, a ja z kilkoma osobami człapałam normalnym tempem. Na razie było ok. Wiedzę na temat wejścia miałam słabą. Poczytałam kilka relacji i zobaczyłam zajawkę czyjegoś filmu pt. „Moredercze wejście na Lion’s Head”. Chłopcy z filmu, spragnieni poklasku, przeżywali jak stonka okres, że będą zaraz mierzyć się z niesamowicie strasznym szczytem. Pytałam Andreę jak jest. Ta wyśmiała łepków i utuliła mnie na swoich piersiach. Na tym moja wiedza się kończyła. Teraz był czas na doświadczenie.

Najpierw była zwyczajna droga, nawet nie można było się zmęczyć. Tu największym wyzwaniem było nie obracać się cały czas do tyłu, by oglądać światła miasta. Migoczące niezliczone punkciki na czarnym tle rozpraszają. Już jest pięknie, chciałoby się usiąść i patrzeć.

Tymczasem maszerujemy i Francuzka mówi mi, że to już jej kilkunasty raz i ten odcinek jest dla niej najtrudniejszy, bo jest monotonny. Wkrótce, po kilkuset metrach traktu zaczęły się kamienie, potem dwie drabiny, parę łańcuchów, i to był jedyny odcinek wymagający mocnego uścisku i średniej siły. Potem kilkanaście metrów na czworakach po kamieniach i oto przed nami widok na Kapsztad i Górę Stołową, skąpane w wschodzie słońca. Samo wejście trwa około godzinę i wymaga średniej sprawności, a większej uwagi i ostrożności. Umiarkowane wyzwanie dla średnio sprawnej osoby.

Sam szczyt jest niewielki. Szybko zapełnia się ludźmi i wkrótce razem patrzymy jak zza Góry Stołowej wstaje słońce. Mamy szczęście. Nie ma chmur.

Siadają koło mnie Niemcy i mówią, że dzień wcześniej było bardzo pochmurnie i podobno nic nie było widać. Siedzimy w ciszy przez kilkadziesiąt minut, patrzymy, kontemplujemy. Proszę jednego z Niemców, by zrobił mi zdjęcia. Dostaję zdjęcia z połową mnie. Patrzę zdziwiona. Czekam aż awangardowy fotograf odejdzie i proszę drugiego o powtórkę, ale bardziej udaną. Ten mówi mi, że kolega tak ma. Robimy kilka nowych zdjęć i w końcu schodzimy.

Na dole jesteśmy chwilę po 8.00.Idę na śniadanie z Francuzką i Holenderką do knajpki przy dość eleganckiej uliczce. Dziewczyny cały czas zachwalają pogodę. Brak chmur i wiatru oznacza, że wejście i wjazd na Górę Stołową będzie możliwe, a rejsy na Robben Island kursowały. Muszę działać.

Najpierw szybko jadę do domu wziąć prysznic, pożegnać się z Andreą i przewieźć rzeczy do hostelu przy Long Street. Nie mam czasu na rozglądanie się. Zostawiam plecak i natychmiast zamawiam Bolta do portu.

Mam wyraźnie wpisany w aplikację adres i jeszcze dwa razy tłumaczę kierowcy dokąd chcę jechać. Ten również nie jest z Kapsztadu i średnio zna miasto. To już tradycja i normalka. Po co znać miasto jak się jest kierowcą, w końcu ma się jakąś tam aplikację. Pomału zaczynam mieć dość mówienia dokąd chcę jechać. Szofer ma adres, nawigację, ale nie korzysta z nich. Skręca za późno, albo za wcześnie. Za to, dużo potakuje jak mu mówię : „Muzeum, prom, wyspa, wiesz gdzie?” Odpalam swoją mapkę i widzę, że nagle zaczynamy jakoś nie trafiać. Pytam chłopa co robi. Twierdzi, że tak będzie lepiej, fajną drogę zna. Patrzę na zegarek. Mój prom odpływa za 5 minut. Teoretycznie mogłabym już wysiąść i pobiegnąć. Siedzę w aucie, bo zdecydowanie lubię życie na krawędzi. I wtedy kierowca wjeżdża na zaplecze przystani. Do budynku, gdzie odbywa się załadunek łodzi handlowych. Chyba myśli, że ryby będę odbierała. Przed nami ciężarówki. Stoją w kolejce. Mam trzy minuty. Mówię: „chłopie, żeś wymyślił. Przecież ja na prom, nie po ryby lub kontener!” Daję mu pieniądze, wysiadam i biegnę zapleczem. Patrzę w oddali jest budynek kasy biletowej promu na wyspę. Nie ma do niego dostępu, bo oddzielają go jakieś korytarze i biura. Jakaś pani myje szybę przy drzwiach. Bozia mi ją zsyła. Macham do niej. Kobietę wryło w ziemię. Co mam jej mówić. Że Stevie Wonder mnie przywiózł? „Otwieraj, mam bilet!”-drę japę. Babka nie przestaje się gapić, otwiera zaplecze, przebiegam przez budynek, wybiegam na dwór i pokazuję bilet jakiemuś panu, który pomaga otyłej kobiecie wejść na prom. Kocham tą panią i panią sprzątaczkę. Wbiegam na prom. Uff.

ROBBEN ISLAND

Katamarany na wyspę odpływają z Waterfront, bilety można spokojnie kupić przez stronę internetową lub w kasie przewoźnika. Mnie uratował bilet internetowy. Podczas rejsu siedzi się wewnątrz kabiny i nie można wyjść na zewnątrz, by sobie popatrzeć na linię brzegową. Katamaran jest całkowicie kryty. Nie ma relaksu w promieniach słońca.

Do 1991 roku Robben Island była więzieniem, wcześniej miejscem zsyłki trędowatych i chorych psychicznie. To tu Nelson Mandela odsiedział osiemnaście lat swojego dożywotniego wyroku. Dziś wyspa jest muzeum, zabytkiem dziedzictwa kulturowego UNESCO i kolonią pingwinów.

Na miejscu nie zwiedza się na własną rękę. Wszyscy odwiedzający są przydzielani do  autobusów, które w różnych kierunkach objeżdżają wyspę. W każdym autobusie jest pilot, który opowiada o historii, wolności, tolerancji i apartheidzie. Zwiedzamy baraki, kuchnię, stołówkę oraz oglądamy przez szybę kamieniołom, szpital i domy strażników.

W jednym baraku wita nas były więzień, który opowiada nam o odsiadywaniu swojego wyroku. Oprowadza nas po przylegających budynkach, opowiada o cenzurze, jadłospisie, katorżniczej pracy w kamieniołomie i sposobach oszukiwania strażników.

Tu nie ma miejsca na żadne niewygodne pytania. Tu nie ma żadnych kontrowersji. Jest jedna prawda. Nelson Mandela był bohaterem, apartheid był zły, obecny rząd jest wspaniały, nie ma żadnych napadów na farmy, biali się panoszą i przez nich nierówności społeczne pogłębiają się. Całkiem inna „narracja” niż ta, którą zafundował mi kierowca, wiozący mnie do Parku Krugera.

Prócz Mandeli siedzieli tu wszyscy bojownicy o wolność/ terroryści/sabotażyści/działacze społeczni z Afryki Południowej. Nie mnie oceniać kim byli. Po licznych rozmowach z poznanymi ludźmi wiem, że dla czarnych mieszkańców RPA to byli bohaterowie, dla białych, jak się wielokrotnie przekonałam, różnie.

Głupio mówić o takich miejscach, że są ciekawe czy nudne. Wyspa jest zabytkiem i wizyta na niej ma wymiar symboliczny. Zwłaszcza dla mieszkańców RPA. Pozwolę sobie jednak na pewną ignorancję. To miejsce można spokojnie pominąć. Nie otworzyło mi oczu na nic. Lepiej przeczytać książki na temat Apartheidu i rozmawiać z mieszkańcami. Większość czasu, prawie 3 godziny, spędza się w autobusach bez klimy lub siedząc w pomieszczeniu i słuchając wykładu byłego więźnia. Nie dowiedziałam się niczego nowego. Z historii i opowiadań wiem, co to cenzura, ubogie racje żywnościowe i praca w kamieniołomie. To miejsce to symbol i można zwiedzanie trochę usprawnić. Kilka godzin w upale i duchocie nie zachęca do skupienia i docenienia tego co się widzi.

Wróciłam do miasta i zaczęłam sprawdzać pogodę. Wyglądało na to, że następnego dnia znowu będą chmury nad miastem, co będzie oznaczało zamknięcie Parku Góry Stołowej. Z obawy na taki obrót spraw, szybko podjechałam pod stację kolejki linowej i jak laluś wyjechałam na szczyt. I tak nie zdążyłabym już wejść tego dnia.

GÓRA STOŁOWA

Warto dodać, że po 13.00 bilety na kolejkę są tańsze i o dziwo nie było kolejki do kas. W wagoniku nie ma sensu rzucać się do okna, ponieważ mają obrotową podłogę. Podłoga obraca się przez cały wjazd i kilkakrotnie można patrzeć w górę i na dół na miasto. Wjeżdżamy ekspresowo.

Góra Stołowa to przede wszystkim rezerwat  i przyrodniczy cud świata. Rosną na niej niezliczone gatunki roślin i mieszka kilka ciekawych gatunków zwierząt jak góralek przylądkowy, żółwie, mangusty i węże. Kiedyś żyły też tam dzikie koty, ale zostały wybite.  Szczyt ma 3 tysiące metrów kwadratowych i jak widać nawet z miasta jest płasko, choć kamieniście. Chodzi się wytyczonymi ścieżkami, co chwila są tablice informacyjne o faunie i florze.

Połaziłam, zerknęłam w dół ze wszystkich stron. Widoki piękne. Góry, ocean i miasto. Wypiłam kawę i żeby złapać kolejkę na dół, poczekałam z godzinę. Inaczej niż w górę.

Gdy zjechałam na dół, ściemniało się. Znowu złapałam Bolta i od razu pojechałam do hostelu przy Long Street. Inny świat niż Waterfront. Hałas, ze wszystkich budynków leci muzyka, na balkonach siedzą ludzie, jedzą, śmieją się, lulki palą.

Idę na kolację do jednej z restauracji i spragniona odpoczynku wchodzę do swojej oazy spokoju. Wewnątrz jeszcze większa impreza. Kątem oka widzę jak młodzi chłopcy przed damską publicznością zaczynają grę w rozbieranego ping ponga. Cieszę się, że mam jedynkę, ale prócz intymności niewiele to daje. Jestem w akustycznym piekle. Na szczęście jestem zmęczona. Zasypiam do okrzyków radości, zachwytu i współczucia. To chłopcy i dziewczęta reagują na swoje przyrodzenia. Przez kolejne dni dowiem się, że Hostel Long Street Backpackers to największa imprezownia na ulicy, a mieszkający tu goście nie są tekstylni.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.