Pierwsze dni w Kapsztadzie cz.1 (RPA cz.2)

Przed moim przyjazdem do Kapsztadu, moja gospodyni z couchsurfing-Andrea, w jednej z wiadomości napisała mi, że jak już przyjadę, nie będę chciała wyjechać. Wzięłam te słowa za reklamę, okazały się proroctwem. Kapsztad jest boski.

Korzystam z couchsurfing już od lat i większość spotkań z gospodarzami jest taka sama. Przyjeżdżam, pokazują mi mieszkanie, mówią jakie są zasady, chwilę gadamy i przeważnie każdy zmierza w swoją stronę. Ja zwiedzać, a gospodarz do pracy. W Kapsztadzie po 5 minutach u Andrei siedziałam na kanapie (w ubraniu) trzymając w rękach jej nagi biust, a jej poprzedni gość (gościni) patrzyła na nas z miną „To normalne, nie lękaj się!” Zdecydowanie takiego powitania nigdy nie zapomnę. Ale po kolei…

Przyleciałam w południe, pojechałam do Andrei Boltem. Właśnie zrezygnowała z pracy więc miała dużo czasu. W mieszkaniu była jeszcze poprzednia couchsurferka. Szwajcarka, która tak zakochała się w Kapsztadzie, że zdecydowała się natychmiast szukać tam pracy. Znalazła mieszkanie do wynajęcia i właśnie zabierała swoje rzeczy.

Właściwie to chciałam iść już na miasto, ale wypadało bym chwilę porozmawiała z dziewczynami. Usiadłam na kanapie, Andrea w kilka minut streściła mi swoje życie. Siedziałam, potakiwałam, otwierałam szerzej oczy. Dzieciństwo w Zimbabwe, tragiczne historie rodzinne, toksyczne relacje damsko-męskie, wypadki samochodowe, perypetie prawne, operacja nóg i hej … powiększenie biustu. Sprint do mnie, koszulka do góry, moje ręce na gruczoły. „Patrz, dotknij, fajne nie?!” Szybko poszło. „Fajne!” Nigdy nie trzymałam biustu mojej gospodyni po 5 minutach znajomości. Właściwie, to nigdy nie trzymałam żadnego biustu, prócz swojego. A tu taka niespodzianka. Muszę powiedzieć, że rozegrała to tak szybko i elegancko, że czułam się równie komfortowo jakby włożyła mi nagle do rąk arbuzy z ogrodu babci. Zero „krempacji”. W podróży już mnie chyba nic nie zaskoczy. Polecam powiększanie biustu w RPA.

Andrea okazała się kobietą aniołem z żelaza i wielką planistką: mam iść teraz do miasta, kupić bilet na rejs na Robben Island, obejść centrum i potem czekać na nią i jej koleżankę. Poczułam się zaopiekowana. Andrea mimo niezwykle ciężkich i traumatycznych doświadczeń jest silna psychicznie, pomocna i serdeczna. No i cycki ma zacne. Na Szwajcarce nasze pierwsze 5 minut nie zrobiły żadnego wrażenia. Może jej początek był ciekawszy. Nie pytałam.  

Po tym tête-à-tête wyszłam na promenadę. Rozejrzałam się i wiedziałam, że Andrea miała rację. Zostanę tu dłużej. Na pewno pogoda w Polsce przyczyniła się do tego wrażenia. W kraju zimno, szaro, buro. Tu przestrzeń, słońce, światło i niesamowita energia od oceanu. Powietrze jest tak nasycone cząstkami wody, że wszystko wydaje się romantycznie rozmyte. Wokół wzgórza- Signal Hill latają paralotniarze, po chodniku truchtają biegacze, przechadzają się pańcie z pieskami, na ławeczkach relaksują się pary, ocean szumi, słońce świeci. Bajka. I to codziennie, w zależności od wiatru i temperatury, inna bajka.

Dom Andrei był nad samym oceanem i dość blisko centrum. Po samym mieście można poruszać się autobusem MyCityBus, kupując wcześniej kartę. Są też dwupiętrowe autobusy dla turystów, tradycyjne taksówki lub Bolt.

Ten ostatni zdominowali chłopcy z Zimbabwe. Inteligentni, rozmowni, choć czasem, wymagający pomocy w nawigacji. Przejazdy Boltem są tanie. Od 10 złotych do kilkudziesięciu. Najpierw pobieramy aplikację na smartfona, kupujemy kartę z Internetem mobilnym lub zamawiamy Bolta, będąc w miejscu z dostępem do wifi. Ja miałam szczęście dostać kartę od Andrei. Nie musiałam szukać neta, a jedynie upewnić się czy aplikacja dobrze pokazuje moją lokalizację.

WATERFRONT- Stare Miasto nad zatoką

Poszłam do Waterfront- nabrzeża w centrum miasta. Spacerek zajął mi 20 minut. Najpierw szybko kupiłam bilet na rejs i spokojnie się rozejrzałam. Było jeszcze lepiej. Po mrocznym Johannesburgu, gdzie recepcjonistka odradzała mi wyjście z torbą do knajpy oddalonej o 100 metrów od hostelu, tu normalny, bezpieczny świat. Knajpki, piekarnie, restauracje, kawiarnie, sklepiki, muzea i tłumy ludzi. Z torbami i bez.

Usiadłam sobie w kawiarni i zaczęłam obmyślać jak najlepiej spędzić tu czas. U Andrei mogłam zostać tylko dwie noce, więc najbliższe dni muszą kręcić się wokół centrum. Poszłam na szybki rekonesans.

Miasto zostało założone przez Holenderską Kompanię Wschodnioindyjską. Holendrzy usunęli rdzennych mieszkańców, przywieźli sobie niewolników z Azji i zbudowali infrastrukturę. Później miasto przejęli Brytyjczycy. Stąd dość europejska zabudowa. Wszystko jest tu wycacane, czyste i ładne. Można godzinami przechadzać się ulicami. Przez najbliższe kilka dni starałam się choć na godzinkę, dwie włóczyć się bez celu przy zatoce, siedzieć w kawiarni pić kurkumowe latte na mleku kokosowym i patrzeć na Górę Stołową. Zdecydowanie nie ma lepszego widoku niż ten z knajpek przy Waterfront. Miasto leży nad Zatoką Stołową i patrząc na nią z brzegu mamy na horyzoncie po kolei od lewej: Devil’s Peak (Szczyt Diabła), Górę Stołową, Lion’s Head, Signal Hill. Wszystkie szczyty stanowią najbardziej znany widnokrąg Kapsztadu. Górę Stołową co chwilę przykrywa obrus z chmur. Widok jest cudowny, ale oznacza też, że wjazd kolejką na szczyt będzie zamknięty. Planując swoje wejście czy wjazd trzeba to wziąć pod uwagę.

V&A WATERFRONT FOOD MARKET-kuchnie świata pod jednym dachem

Waterfront to nie tylko przystań z pięknymi jachtami, restauracjami i kawiarniami. Na pewno warto tu zajrzeć do V&A Waterfront Food Market. W jednym budynku jest kilka restauracji oferujących dania kuchni włoskiej, azjatyckiej, owoce morza, świeżo wyciskane soki, falafele, pizzę, świeże małże, ryby, tajską zupę, smoothie z jarmużu. Można zjeść miskę skorupiaków i popić lokalnym winem. Dolce Vita. Tego dnia zrobiłam tylko rozpoznanie menu. Będzie co jeść.

WATERSHED-galeria handlowa z wifi

Zaraz obok jest Watershed- galeria handlowa z darmowym wifi. Tu jest pełno sklepów z oryginalnymi, ale też badziewnymi pamiątkami, ciuchami, torebkami, miejscowym rękodziełem, ekskluzywnymi wyrobami tutejszych projektantów, chińskim i zachodnim szajsem. Ceny od niskich po astronomiczne. I znowu sprintem obeszłam sklepy, zapamiętując gdzie ewentualnie kupię pamiątkowe bzdety.

Po kilku godzinach spotkałam się z Andreą i Jordaną-Kanadyjką, która jak się okazało też kiedyś u niej mieszkała. Poszłyśmy na kolację do restauracji „Mozambik”. W oczekiwaniu na rybę dostałyśmy na przystawkę rożek orzeszków i miętową lemoniadę.

Andrea dopisała mnie do kilku grup na WhatsAppie, które organizują wspólne zwiedzanie, wyjazdy po okolicy, wejścia na szczyty i imprezy. Mój plan nic nie robienia i relaksu zaczął pękać od atrakcji. Andrea zdecydowanie nie lubi stagnacji. Pojadłyśmy, popiłyśmy i pojechałyśmy kupić drukarkę. Normalne zajęcie w nocy. Potem jeszcze sesja zdjęciowa na promenadzie z drukareczką i pierwszy dzień w Kapsztadzie minął.

Kolejnego dnia rano zjadłam pyszne śniadanko przy Zatoce. Pojadłam i pewna siebie poszłam do przystani promowej. Okazało się, że ze względu na silny wiatr wszystkie rejsy są odwołane. Pani w okienku przełożyła mi bilet elektroniczny na kolejny dzień na południe i szybko musiałam wykombinować coś nowego. Najpierw sporo pochodziłam, jeszcze raz zachwycając się architekturą. Góra Stołowa miała obrusik z chmurek, więc wjazd i wejście na nią też odpadały. Co robić? Poszłam do muzeum.

MUZEUM SZTUKI NOWOCZESNEJ – MOCAA

Zeitz Museum of Contemporary Art Africa jest największym muzeum współczesnej sztuki afrykańskiej. Już sama architektura budynku jest zachwycająca. Były 57-metrowy silos z 1921 roku został w 2001 roku przebudowany w nowoczesny budynek ze szkła, metalu i betonu i dziś niewątpliwie jest perełką architektoniczną Kapsztadu. Prócz dzieł sztuki, są liczne wystawy rękodzieła i działy edukacyjno-historyczne. Niestety wewnątrz nie można robić zdjęć. Obsługa upewniła się, że zostawiłam plecak w szatni i jeszcze jakiś smutny pan chodził za mną, pilnując czy oby nie wyciągam telefonu.

Po kilku godzinach miałam dość bodźców i brak tlenu. Wyszłam na dwór i okazało się, że Jordana jest w pobliżu. Sama mało widziała i zdecydowałyśmy się iść razem przed siebie w kierunku Signal Hill. Nogi zaprowadziły nas do kolorowej dzielnicy Bo-Kaap. Po drodze zorientowałyśmy się, że w Kapsztadzie jest sporo ramek „National Geographic” do robienia zdjęć z widoczkiem. Korzystamy!

BO-KAAP

Przy kilku wąskich, krętych i dość stromych uliczkach stoją odnowione, pastelowe, kolorowe domki z XIX wieku. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś było tu getto, kwatery niewolników i koszary wojskowe. Osiedlali się tu też osadnicy z Azji, muzułmańscy robotnicy oraz imamowie z Indonezji, skazani przez holenderskie władze na zesłanie za podburzanie ludności przeciwko ich władzom kolonialnym. Dziś jest tu zatrzęsienie turystów, którzy robią sobie portrety na tle kolorowych ścian. Połaziłyśmy i trochę pokpiłyśmy z młodych lasek, które niestrudzenie pozowały do zdjęć z dziwnie otwartymi buziami.

Stojąc na jednej z uliczek zobaczyłyśmy, że jesteśmy bardzo blisko szczytu Signal Hill, ale sił nam brak. Jesteśmy leniwe. Jordana zamówiła Bolta i wjechałyśmy na szczyt ekspresowo. Stamtąd Kapsztad wygląda na jeszcze piękniejszy. Na Signal Hill jest też punkt startu paralotni. Mi zabrakło funduszy na tę atrakcję.

Wróciłyśmy do Andrei. Kobieta-energia zaczęła mnie uświadamiać, że zwiedzanie Kapsztadu w styczniu jest bardzo zależne od pogody. Muszę działać jak jest ładnie i kolejnego dnia mam na maksa skorzystać z ładnej pogody. Najpierw wspinaczka na wschód słońca na Lion’s Head, potem rejs na wyspę, a następnie wjazd na Górę Stołową, bo wejść już tego dnia nie zdążę. I jeszcze gdzieś pomiędzy atrakcjami muszę odebrać plecak i przeprowadzić się do hostelu, bo przyjeżdżają kolejni goście. Nie ma lekko, trzeba działać. Spakowałam się, nastawiłam budzik na 4 rano, napisałam do szefowej grupy wspinaczkowej żeby na mnie czekali i grzecznie poszłam wcześnie spać. Zapowiadał się dzień pełen wrażeń.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.